Generalnie rzecz biorąc nie należę do osób, które byłyby bardzo systematyczne w stosowaniu kosmetyków pielęgnacyjnych. Istnieje jednak cecha, która jest w stanie zdecydowanie poprawić u mnie sumienność stosowania danego preparatu - chodzi o zapach. Jeśli kosmetyk pięknie pachnie i jego używanie stanowi przyjemność, to zapewnia mu to o wiele większe szanse bycia stosowanym na co dzień. Tak stało się w przypadku serii kosmetyków NUXE - Creme Fraiche de Beaute, które mój nos zawojowały od pierwszego powąchania. Jak jednak wypadły w kwestii pielęgnacji? Czytajcie dalej :).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 września 2019
piątek, 10 lutego 2017
Nietypowa pielęgnacja stóp - Farmona - Nivelazione - Krem w sprayu do stóp - Ekspresowe nawilżenie w 3 sekundy
Po ostatnim poście o nietypowym produkcie do włosów postanowiłam pozostać w temacie produktów innowacyjnych i awangardowych. Tym razem zaskoczyła mnie firma Farmona, która wypuściła na rynek krem do stóp w formie... sprayu. Farmona - Nivelazione - Krem w sprayu do stóp - Ekspresowe nawilżenie w 3 sekundy - bo o nim mowa, to właściwie nawet nie spray, a swego rodzaju delikatna pianka - po co jednak rozwodzić się nad mianownictwem, najważniejsza jest przecież odpowiedź na pytanie - czy to działa?
TAG:
ciało,
Farmona,
krem,
Nivelazione,
pielęgnacja,
stopy
niedziela, 15 stycznia 2017
Ślimakowy zestaw - krem do twarzy i krem do oczu - Mizon - Multi Function Formula - All in One Snail Repair Cream, Snail Repair Eye Cream
Dobrych kilka lat temu w Polsce rozpoczął się prawdziwy boom na azjatycką pielęgnację twarzy. Prym wiodły przede wszystkim koreańskie BB kremy z firm takich jak Missha, Lioele czy Skin79. Wtedy te produkty były jeszcze w Polsce praktycznie niedostępne, więc musiałyśmy zamawiać wszystko wprost z Korei przez Ebay. Popyt wymusił jednak podaż i aktualnie dostępność azjatyckich produktów znacznie się poprawiła. Wraz z BB kremami do Polski dotarły kosmetyki o bardzo nietypowych składnikach, a w tym kremy ze śluzem ślimaka i właśnie o nich Wam co nieco dzisiaj napiszę.
środa, 7 grudnia 2016
Mistrz pielęgnacji dłoni - Lirene - Olejkowe Serum do Rąk Skórek i Paznokci
Ze względu na swój zawód - lekarza stomatologa, muszę dużą uwagę poświęcać mojemu najważniejszemu narzędziu pracy, jakim są dłonie. Ciągła praca w rękawiczkach, wielokrotne mycie i stosowanie środków odkażających na bazie alkoholu potrafi naprawdę dać skórze dłoni porządnie w kość. W związku z tym w ciągu 5-ciu lat studiów i odkąd podjęłam pracę na stażu zdążyłam przetestować wiele kremów do rąk, ale dopiero niedawno trafiłam na produkt, który spełnił moje oczekiwania w 100%. czyli Olejkowe Serum do Rąk, Skórek i Paznokci od Lirene.
TAG:
dłonie,
krem,
krem do rąk,
Lirene,
pielęgnacja
piątek, 22 lipca 2016
Jak zadbać o stopy przed letnim urlopem? Mój pedicure z zestawem Mary Kay - Into The Garden
Latem na naszych nóżkach zadamawiają się odkryte buty - sandałki, klapki, japonki, espadryle, które wymagają nienagannego wyglądu stóp. W tym roku z pomocą przybyła mi firma Mary Kay ze swoim prześlicznym zestawem do pielęgnacji stóp z serii Into The Garden. Jak zadbać o stopy na lato? Oto moja recepta!
czwartek, 13 sierpnia 2015
EOS - Evolution of Smooth - Shave Cream - Vanilla Bliss - krem do golenia - czy poszło gładko?
Jeśli widząc nazwę EOS przed oczami stają Wam kolorowe, jajeczkowe balsamy do ust to skojarzenie jest jak najbardziej słuszne. Sama skusiłam się swego czasu na truskawkową wersję tego balsamu, która niestety słabo się u mnie spisała. Okazuje się, że EOS, czyli Evolution of Smooth postanowiło zadbać o gładkość nie tylko ust ale także reszty ciała wydając na kosmetyczny świat między innymi linię kremów do golenia. Jako że jestem absolutną fanką zapachu wanilii postanowiłam dać EOS drugą szansę. Czy golenie poszło gładko? Zapraszam na recenzję :).
środa, 8 lipca 2015
Mary Kay - Cudowny Zestaw TimeWise - wrażenia po 2 tygodniach z akcją Glow and Tell
Pierwsze dwa tygodnie udziału w akcji Glow and Tell i testowania zestawu Mary Kay - Cudowny Zestaw TimeWise, z którym zapoznawałam Was w tym poście minęły! Pora na pierwsze wrażenia i relację - zapraszam!
TAG:
Cleanser,
Glow and Tell,
krem,
Mary Kay,
pielęgnacja,
serum,
TimeWise,
twarz
poniedziałek, 6 lipca 2015
Murier - C-Shot Vitamin C - kremy na dzień i na noc z witaminą C - ideał dla skóry 25+?
O kremach dla skóry 25+ napisałam dość obszerny post, który znajdziecie w panelu po lewej. Zaznaczyłam tam kluczową rolę witaminy C w procesach tworzenia kolagenu i starzenia skóry właśnie po 25 roku życia. Dlatego kiedy dostałam propozycję przetestowania kosmetyków firmy Murier moje oczka zaświeciły się do linii produktów z witaminą C, czyli C-Shot Vitamin C Day & Night, o których dzisiaj naskrobałam dla Was parę słów. Zapraszam!
TAG:
25+,
krem,
krem na dzień,
krem na noc,
Murier,
pielęgnacja,
twarz
piątek, 12 grudnia 2014
La Roche-Posay - Effaclar Duo [+] - żegnajcie niedoskonałości i przebarwienia!
Seria Effaclar od La Roche-Posay jest mi znana już od długiego czasu - post o kremie Effaclar DUO pojawił się na moim blogu... 3 lata temu! Kiedy dowiedziałam się, że na rynku pojawiła się nowa wersja tego świetnego produktu, od razu zapragnęłam go mieć. Tak się akurat złożyło, że zgłosiłam się do konkursu na stronie La Roche-Posay, wysłałam zdjęcie mojej cery i... zostałam wybrana do grona 400 testerek tego produktu :). Jakie są moje wrażenia po stosowaniu nowej formuły Effaclaru DUO [+]? Czy jest lepsza niż stara wersja? Zapraszam do czytania :).
wtorek, 11 listopada 2014
Ziaja - Oczyszczanie - Liście Manuka - pasta oczyszczająca, tonik zwężający pory, krem mikrozłuszczający, krem nawilżający
Seria Ziaja - Liście Manuka stała się bestsellerem tuż po tym jak wkroczyła na rynek. Oczywiście nie byłabym sobą (i blogerką kosmetyczną ;) ) gdybym od razu nie kupiła przynajmniej kilku produktów z tej linii. W moim posiadaniu znalazły się 4 produkty - pasta oczyszczająca, tonik i dwa kremy. Dzisiaj - po ponad 3 miesiącach od zakupu i systematycznym używaniu przestawię Wam moją opinię o kosmetykach z tej serii.
TAG:
cera mieszana,
cera tłusta,
cera trądzikowa,
krem,
manuka,
mycie,
oczyszczanie,
pasta,
tonik,
trądzik,
Ziaja
czwartek, 31 lipca 2014
Embryolisse - Lait-Creme Concentre - krem odżywczo-nawilżający - ulubieniec makijażystów - a mój...?
"Sekret urody paryżanek", "uwielbiany przez dermatologów", "ulubieniec makijażystów" - to tylko niektóre z określeń, które znalazłam przy prawie każdym opisie czy recenzji Lait-Creme Concentre od Embryolisse.
Czy flagowy produkt Embryolisse powalił mnie na kolana? Zapraszam do czytania :).
TAG:
Embryolisse,
krem,
nawilżanie,
parafina,
pielęgnacja,
twarz
środa, 20 listopada 2013
Bandi - Young Care - Krem złuszczający na noc
Ciąg dalszy moich przygód z kwasami, które zaczęły się w poście o Le'Maadr - 12% peelingu glikolowym.
Tym razem przestawiam Wam produkt, którego używam już od kilku lat czyli Bandi - Young Care - Krem złuszczający na noc. Krem ten znalazł się w poście o Odkryciach Roku 2012, choć odkryłam go tak naprawdę dużo, dużo wcześniej dzięki mojej cioci, która prowadzi gabinet kosmetyczny i korzysta z produktów Bandi.
Skoro używam go od kilku lat i w dodatku ochrzciłam go mianem "odkrycia", to nietrudno się domyślić, że produkt ten bardzo przypadł mi do gustu - wstyd i hańba, że dopiero teraz dzielę się z Wami moją opinią na jego temat - mam nadzieję, że mi wybaczycie to niedopatrzenie ;).
Krem Bandi, jak sama nazwa wskazuje, jest produktem złuszczającym, który stosujemy na noc. Znajduje się w opakowaniu z higienicznym aplikatorem w postaci pompki, za co u mnie ma dużego plusa. Pompka dozuje odpowiednią na pojedynczą aplikację ilość ślicznie pachnącego produktu. Krem jest lekki i bardzo przyjemnie się rozprowadza oraz szybko wchłania.
Jeżeli chodzi o złuszczanie, to ja produktów tego typu z zasady używam tylko zimą. Moja skóra nie jest bardzo wrażliwa na kwaszenie, więc ja nie zauważyłam, aby po tym kremie rzeczywiście schodziły mi suche skórki - obstawiam, że to zasługa faktu, że w składzie kremu znajdują się kwasy AHA w stężeniu 5%, w którym część z nim posiada działanie nie tylko keratolityczne, ale też nawilżające. Osobiście jestem bardzo zadowolona z wygładzenia i zwężania porów, jakie ten krem zapewnia - już po kilku dniach stosowania cera jest wyraźnie rozjaśniona i oczyszczona.
Produkty firmy Bandi są dostępne w drogeriach Hebe, co bardzo mnie ucieszyło, bo dotychczas zaopatrywałam się w ten krem na ich stronie internetowej http://www.bandi.pl/. Warto zapisać się do newslettera, bo często mają ciekawe promocje - ja na przykład trafiłam na akcję "2 w cenie 1" - czyli zapłaciłam regularną cenę za jeden krem - 38zł, a drugi dostałam za darmo :). Koszt wysyłki na stronie to 12zł.
Podsumowując - jest to jeden z produktów, który jeszcze długo będzie gościł w mojej podstawowej zimowej pielęgnacji cery i mogę go z czystym sumieniem polecić Wam do wypróbowania jako delikatną kwasową kurację na zimę :).
PLUSY:
- higieniczny aplikator w pompce
- przez opakowanie widać mniej więcej ile jeszcze produktu zostało
- bardzo ładny zapach kremu
- lekka konsystencja, która szybko się wchłania
- delikatne złuszczanie - u mnie obyło się bez suchych skórek
- wygładza cerę
- nawilża
- delikatnie wygładza zmarszczki
- wspomaga walkę z zaskórnikami i rozszerzonymi porami
MINUSY:
- może delikatnie szczypać i nie można stosować go na podrażnioną skórę, ale to normalne w przypadku kwasów, więc ja nie traktuję tego jako minus, ale daję znać, że tak jest ;)
OCENA OGÓLNA:
5+/6
Tym razem przestawiam Wam produkt, którego używam już od kilku lat czyli Bandi - Young Care - Krem złuszczający na noc. Krem ten znalazł się w poście o Odkryciach Roku 2012, choć odkryłam go tak naprawdę dużo, dużo wcześniej dzięki mojej cioci, która prowadzi gabinet kosmetyczny i korzysta z produktów Bandi.
Skoro używam go od kilku lat i w dodatku ochrzciłam go mianem "odkrycia", to nietrudno się domyślić, że produkt ten bardzo przypadł mi do gustu - wstyd i hańba, że dopiero teraz dzielę się z Wami moją opinią na jego temat - mam nadzieję, że mi wybaczycie to niedopatrzenie ;).
Krem Bandi, jak sama nazwa wskazuje, jest produktem złuszczającym, który stosujemy na noc. Znajduje się w opakowaniu z higienicznym aplikatorem w postaci pompki, za co u mnie ma dużego plusa. Pompka dozuje odpowiednią na pojedynczą aplikację ilość ślicznie pachnącego produktu. Krem jest lekki i bardzo przyjemnie się rozprowadza oraz szybko wchłania.
Jeżeli chodzi o złuszczanie, to ja produktów tego typu z zasady używam tylko zimą. Moja skóra nie jest bardzo wrażliwa na kwaszenie, więc ja nie zauważyłam, aby po tym kremie rzeczywiście schodziły mi suche skórki - obstawiam, że to zasługa faktu, że w składzie kremu znajdują się kwasy AHA w stężeniu 5%, w którym część z nim posiada działanie nie tylko keratolityczne, ale też nawilżające. Osobiście jestem bardzo zadowolona z wygładzenia i zwężania porów, jakie ten krem zapewnia - już po kilku dniach stosowania cera jest wyraźnie rozjaśniona i oczyszczona.
Produkty firmy Bandi są dostępne w drogeriach Hebe, co bardzo mnie ucieszyło, bo dotychczas zaopatrywałam się w ten krem na ich stronie internetowej http://www.bandi.pl/. Warto zapisać się do newslettera, bo często mają ciekawe promocje - ja na przykład trafiłam na akcję "2 w cenie 1" - czyli zapłaciłam regularną cenę za jeden krem - 38zł, a drugi dostałam za darmo :). Koszt wysyłki na stronie to 12zł.
Podsumowując - jest to jeden z produktów, który jeszcze długo będzie gościł w mojej podstawowej zimowej pielęgnacji cery i mogę go z czystym sumieniem polecić Wam do wypróbowania jako delikatną kwasową kurację na zimę :).
PLUSY:
- higieniczny aplikator w pompce
- przez opakowanie widać mniej więcej ile jeszcze produktu zostało
- bardzo ładny zapach kremu
- lekka konsystencja, która szybko się wchłania
- delikatne złuszczanie - u mnie obyło się bez suchych skórek
- wygładza cerę
- nawilża
- delikatnie wygładza zmarszczki
- wspomaga walkę z zaskórnikami i rozszerzonymi porami
MINUSY:
- może delikatnie szczypać i nie można stosować go na podrażnioną skórę, ale to normalne w przypadku kwasów, więc ja nie traktuję tego jako minus, ale daję znać, że tak jest ;)
OCENA OGÓLNA:
5+/6
Znacie produkty Bandi? Używałyście już jakichś? Możecie polecić coś z ich asortymentu? Jestem ciekawa jak sobie radzą inne serie, bo o całej Young Care słyszałam wiele dobrego, ale na razie wypróbowałam tylko ten krem :). Dajcie znać jeśli macie coś ciekawego na oku z tej firmy :).
PRZYPOMINAJKA
Przypominam, że do 25. listopada do godziny 18.00 trwa Olejkowe rozdanie z Bielendą!
Zapraszam Was do udziału :)
TAG:
AHA,
Bandi,
krem,
kwas,
kwasy,
nawilżanie,
twarz,
złuszczanie
środa, 30 października 2013
Dr Irena Eris - NORMAMAT - Krem nawilżający sebo-normalizujący na noc - "W nastroju" NORMAMAT
Krem zamknięty jest w wygodnym, ładnym opakowaniu z higieniczną pompką dozującą odpowiednią ilość kosmetyku. Kosmetyk ma przepiękny, świeży zapach i bardzo przyjemne właściwości aplikacyjne - wchłania się bardzo szybko, co zawdzięcza lekkiej, hydrożelowej konsystencji, i daje matowe wykończenie. Produkt nie pozostawia na skórze wyczuwalnego filmu, a jedynie uczucie miłego nawodnienia cery.
Po kilku pierwszych zastosowaniach produktu jestem z niego bardzo zadowolona i mam nadzieję, że na dłuższą metę będzie spisywał się równie świetnie :).
Miałyście już okazję przetestować kosmetyki z tej serii? Jeśli tak - koniecznie dajcie znać jak się spisały!
Po kilku pierwszych zastosowaniach produktu jestem z niego bardzo zadowolona i mam nadzieję, że na dłuższą metę będzie spisywał się równie świetnie :).
Miałyście już okazję przetestować kosmetyki z tej serii? Jeśli tak - koniecznie dajcie znać jak się spisały!
TAG:
błyszczenie,
Dr Irena Eris,
Eris,
Irena Eris,
krem,
matujący,
nawilżanie,
Normamat
wtorek, 17 września 2013
DeBa Bio Vital - Hand and Nail Cream - Odżywczy krem do pielęgnacji rąk i paznokci - Ożeż Ty! Orzeszku!
DeBa Hand&Nail Cream znalazł się w sierpniowym ShinyBox, które moim zdaniem było ogólnie pudełkiem dość udanym (pomijając to o czym napiszę na koniec tego posta ;)). Kartonik tego produktu zwrócił moją uwagę od razu, bo przyciągał wzrok miłym dla oka designem opakowania, a i tubka prezentowała się bardzo ładnie. No i przede wszystkie te orzeszki - dla miłośniczki jedzeniowych zapachów - strzał w dziesiątkę! A czy sam krem też ustrzelił bull's eye?
Jak już wspomniałam, krem DeBa zauroczył mnie swoim opakowaniem, które obiecuje mocno orzechową zawartość. Sama tubka mieszcząca 75ml produktu - jest również bardzo sympatycznie zaprojektowana, plastikowa - choć wygląda jak metalowa, miękka - nie robi problemów z wydobyciem kremu z wnętrza.
Ujście tubki jest zabezpieczone folią, z której zdarciem miałam mały problem - była strasznie mocno przyklejona - ale dałam jakoś radę, a mój trud został wynagrodzony jednym z najładniejszych zapachów z jakimi się spotkałam w kosmetykach! Producent z zapachem trafił w mój gust wprost idealnie - czuję lody o smaku orzechowych ciasteczek, z kruszonymi orzechami i sosem nougatowym! Mniam! Zapach jest tak cudny, że mogłabym wąchać go non stop.
Krem ma przyjemną, delikatną konsystencję, nie jest gęsty i dobrze rozprowadza się na dłoniach, ale niestety... dość długo się wchłania, a zanim to nastąpi mamy na dłoniach tłustą warstewkę, która skutecznie uniemożliwia wszelakie czynności z użyciem rąk na około 5-10 minut ;). Dla mnie jest to niestety spory minus, bo lubię kremy do rąk, które wchłaniają się błyskawicznie, dlatego kremu DeBa używam głównie na noc lub pod rękawiczki.
Kiedy produkt już się wchłonie, pozostawia przyjemne uczucie nawilżenia - nie muszę powtarzać procesu nakładania kremu co chwilę, bo rzeczywiście dłonie pozostają nawilżone przez całkiem przyzwoity okres czasu.
Największym (obok zapachu ♥) plusem tego produktu jest jego cena i - jak się okazuje - dostępność :). Krem DeBa - zarówno wersja orzechowa jak i nagietkowa (w ShinyBoxach pojawiały się zamiennie) są podobno dostępne w... Biedronkach :D. Na dodatek za bajońską cenę 4,99zł :D.
Uważam, że warto ten produkt wypróbować - ja sama chyba go zakupię jak się skończy moja tubka, nawet pomimo faktu, że przeszkadza mi czas wchłaniania kremu - ten zapach jest tego wart :D.

PLUSY:
- przepiękny zapach orzechowych lodów ♥
- bardzo przyjemna, "jogurtowa" konsystencja
- ładne opakowanie i tubka
- miękka tuba - krem łatwo wydobyć z jej wnętrza
- dobrze się rozsmarowuje
- daje uczucie nawilżenia, które utrzymuje się całkiem długo
- skład pozbawiony parabenów, silikonów, olejów mineralnych (dobry dla unikających parafiny)
- dostępność - Biedronka :) (podobno - czytałam u kilku dziewczyn, że właśnie w Biedronkach je widziały i kupowały - sama jeszcze nie sprawdziłam :))
- cena - 4,99zł (w Biedronce, regularna - podobno 12zł)
MINUSY:
- dość długo się wchłania, a zanim to nastąpi dłonie są tłuste
OCENA OGÓLNA:
4/6
Cieszę się, że krem DeBa znalazł się w ShinyBox, bo poznałam bardzo fajny nowy produkt, na który pewnie nie zwróciłabym uwagi w Biedronce ;). Zainteresowałam się też innymi produktami tej firmy i zamierzam ich poszukać w drogeriach. Dziwi mnie jednak trochę polityka ShinyBox pod względem doboru kosmetyków - bo choć ten krem jest naprawdę bardzo sympatyczny, to ShinyBox obiecuje nam na swojej stronie "kosmetyki renomowanych, światowych marek", a dostajemy krem za 5zł... Mam trochę mieszane uczucia wobec tego faktu, bo z jednej strony produkt dobry, ale z drugiej - za grosze... Ja dostaję pudełka w ramach współpracy, ale na miejscu dziewczyn, które za nie płacą 49zł miesięcznie byłabym zawiedziona, że do pudełka wciska się produkt za 5zł...
Jak już wspomniałam, krem DeBa zauroczył mnie swoim opakowaniem, które obiecuje mocno orzechową zawartość. Sama tubka mieszcząca 75ml produktu - jest również bardzo sympatycznie zaprojektowana, plastikowa - choć wygląda jak metalowa, miękka - nie robi problemów z wydobyciem kremu z wnętrza.
Ujście tubki jest zabezpieczone folią, z której zdarciem miałam mały problem - była strasznie mocno przyklejona - ale dałam jakoś radę, a mój trud został wynagrodzony jednym z najładniejszych zapachów z jakimi się spotkałam w kosmetykach! Producent z zapachem trafił w mój gust wprost idealnie - czuję lody o smaku orzechowych ciasteczek, z kruszonymi orzechami i sosem nougatowym! Mniam! Zapach jest tak cudny, że mogłabym wąchać go non stop.
Krem ma przyjemną, delikatną konsystencję, nie jest gęsty i dobrze rozprowadza się na dłoniach, ale niestety... dość długo się wchłania, a zanim to nastąpi mamy na dłoniach tłustą warstewkę, która skutecznie uniemożliwia wszelakie czynności z użyciem rąk na około 5-10 minut ;). Dla mnie jest to niestety spory minus, bo lubię kremy do rąk, które wchłaniają się błyskawicznie, dlatego kremu DeBa używam głównie na noc lub pod rękawiczki.
Kiedy produkt już się wchłonie, pozostawia przyjemne uczucie nawilżenia - nie muszę powtarzać procesu nakładania kremu co chwilę, bo rzeczywiście dłonie pozostają nawilżone przez całkiem przyzwoity okres czasu.
Największym (obok zapachu ♥) plusem tego produktu jest jego cena i - jak się okazuje - dostępność :). Krem DeBa - zarówno wersja orzechowa jak i nagietkowa (w ShinyBoxach pojawiały się zamiennie) są podobno dostępne w... Biedronkach :D. Na dodatek za bajońską cenę 4,99zł :D.
Uważam, że warto ten produkt wypróbować - ja sama chyba go zakupię jak się skończy moja tubka, nawet pomimo faktu, że przeszkadza mi czas wchłaniania kremu - ten zapach jest tego wart :D.
PLUSY:
- przepiękny zapach orzechowych lodów ♥
- bardzo przyjemna, "jogurtowa" konsystencja
- ładne opakowanie i tubka
- miękka tuba - krem łatwo wydobyć z jej wnętrza
- dobrze się rozsmarowuje
- daje uczucie nawilżenia, które utrzymuje się całkiem długo
- skład pozbawiony parabenów, silikonów, olejów mineralnych (dobry dla unikających parafiny)
- dostępność - Biedronka :) (podobno - czytałam u kilku dziewczyn, że właśnie w Biedronkach je widziały i kupowały - sama jeszcze nie sprawdziłam :))
- cena - 4,99zł (w Biedronce, regularna - podobno 12zł)
MINUSY:
- dość długo się wchłania, a zanim to nastąpi dłonie są tłuste
OCENA OGÓLNA:
4/6
Cieszę się, że krem DeBa znalazł się w ShinyBox, bo poznałam bardzo fajny nowy produkt, na który pewnie nie zwróciłabym uwagi w Biedronce ;). Zainteresowałam się też innymi produktami tej firmy i zamierzam ich poszukać w drogeriach. Dziwi mnie jednak trochę polityka ShinyBox pod względem doboru kosmetyków - bo choć ten krem jest naprawdę bardzo sympatyczny, to ShinyBox obiecuje nam na swojej stronie "kosmetyki renomowanych, światowych marek", a dostajemy krem za 5zł... Mam trochę mieszane uczucia wobec tego faktu, bo z jednej strony produkt dobry, ale z drugiej - za grosze... Ja dostaję pudełka w ramach współpracy, ale na miejscu dziewczyn, które za nie płacą 49zł miesięcznie byłabym zawiedziona, że do pudełka wciska się produkt za 5zł...
TAG:
DeBa,
dłonie,
krem,
krem do rąk,
paznokcie,
pielęgnacja
sobota, 31 sierpnia 2013
Biotherm - Aquasource - żel nawilżający do cery normalnej i mieszanej
Dawno, dawno temu był sobie krem idealny, uwielbiałam go, chciałam pozostać przy nim co najmniej na pół życia. Bum. Wycofali go. No i cóż miałam począć? Zaczęłam szukać. Próbowałam różnych kombinacji, kompozycji zapachowych, konsystencji, kremów do skóry suchej, matujących, nawilżających, nawet tłustych - no po prostu przerobiłam już w życiu naprawdę sporo przeróżnych mazideł, ale żadne nie zastąpi mi mojego ukochanego kremu... tumdududuuuum! (<--werble) L'Oreal Happyderm. Wiem, wiem - spodziewałyście się pewnie jakiegoś kompletnie nieznanego cudu, a tu zwykły L'Oreal. Dla mnie niezwykły - naprawdę kochałam ten krem! Niestety tak jak napisałam - wycofano go, a ja zostałam zmuszona do znalezienia następcy. No i można powiedzieć, że znalazłam.
Krem Biotherm Aquasource wpadł w moje ręce zupełnie przypadkiem - najpierw w postaci próbki, a potem na drodze wymianki z inną blogerką (przepraszam - nie pamiętam z kim :( to było ze 2 lata temu) i bardzo się polubiliśmy. Tak bardzo, że zdecydowałam się wydawać na niego niebagatelną kwotę ponad 100zł za 50ml. Przypadł mi do gustu szczególnie dlatego, że ma konsystencję bardzo podobną do Happydermu, a mianowicie jest hydrożelem. Jest lekki, szybko się wchłania, nie pozostawia wyczuwalnej warstwy na skórze. Ponadto ma przyjemny, świeży zapach i dobrze nawilża. Nadaje się również bardzo dobrze pod makijaż. Stosuję go głównie na dzień, ale czasami również grubszą warstwę na noc. Zazwyczaj kupuję go na lato, ponieważ w czasie upałów sprawdza się bardzo dobrze - jego lekka konsystencja spisuje się świetnie w gorące dni - nie odczuwam natychmiastowej potrzeby zmycia go z twarzy tak jak to bywa w przypadku tradycyjnych kremów.
Mimo wielu jego plusów, prawdopodobnie nie zdecyduję się na ponowny zakup, ponieważ mam teraz sporo zapasów kremowych i mam nadzieję znaleźć sobie jakiś tańszy zamiennik. Poza tym mam wrażenie, że moja skóra chyba się do niego przyzwyczaiła i nie czuję jego nawilżających właściwości tak intensywnie jak kiedyś.
Podsumowując - uważam, że to bardzo fajny krem, ale za zbyt wysoką cenę - mam nadzieję znaleźć coś podobnego w moich "zapasowych pudłach", które będę w najbliższym czasie starała się opróżniać ;). Oczywiście mogę go polecić - sama jestem z niego bardzo zadowolona i gdyby nie fakt, że mam aktualnie inne potrzeby wymagające pewnego nakładu finansowego, to na pewno bym go kupiła ponownie. Jeżeli nie uda mi się znaleźć lepszego, bądź przynajmniej porównywalnego kremu to pewnie za jakiś czas do niego wrócę. Na pewno jest wart wypróbowania, a próbki są dostępne w aptekach :).
PLUSY:
- lekka konsystencja hydrożelu
- szybko się wchłania
- dobrze nawilża
- bardzo przyjemny, świeży zapach
- nie pozostawia wyczuwalnej "warstwy" na skórze
- ładne, solidne opakowanie
- ładny kolor :D
- nadaje się pod makijaż
- idealny na lato
MINUSY:
- cena odstrasza - waha się od 100 (allegro) do nawet 160zł
- moja skóra chyba się przyzwyczaiła i nie odczuwam już takiego nawilżenia jak kiedyś
OCENA OGÓLNA:
5-/6
Krem Biotherm Aquasource wpadł w moje ręce zupełnie przypadkiem - najpierw w postaci próbki, a potem na drodze wymianki z inną blogerką (przepraszam - nie pamiętam z kim :( to było ze 2 lata temu) i bardzo się polubiliśmy. Tak bardzo, że zdecydowałam się wydawać na niego niebagatelną kwotę ponad 100zł za 50ml. Przypadł mi do gustu szczególnie dlatego, że ma konsystencję bardzo podobną do Happydermu, a mianowicie jest hydrożelem. Jest lekki, szybko się wchłania, nie pozostawia wyczuwalnej warstwy na skórze. Ponadto ma przyjemny, świeży zapach i dobrze nawilża. Nadaje się również bardzo dobrze pod makijaż. Stosuję go głównie na dzień, ale czasami również grubszą warstwę na noc. Zazwyczaj kupuję go na lato, ponieważ w czasie upałów sprawdza się bardzo dobrze - jego lekka konsystencja spisuje się świetnie w gorące dni - nie odczuwam natychmiastowej potrzeby zmycia go z twarzy tak jak to bywa w przypadku tradycyjnych kremów.
Mimo wielu jego plusów, prawdopodobnie nie zdecyduję się na ponowny zakup, ponieważ mam teraz sporo zapasów kremowych i mam nadzieję znaleźć sobie jakiś tańszy zamiennik. Poza tym mam wrażenie, że moja skóra chyba się do niego przyzwyczaiła i nie czuję jego nawilżających właściwości tak intensywnie jak kiedyś.
Podsumowując - uważam, że to bardzo fajny krem, ale za zbyt wysoką cenę - mam nadzieję znaleźć coś podobnego w moich "zapasowych pudłach", które będę w najbliższym czasie starała się opróżniać ;). Oczywiście mogę go polecić - sama jestem z niego bardzo zadowolona i gdyby nie fakt, że mam aktualnie inne potrzeby wymagające pewnego nakładu finansowego, to na pewno bym go kupiła ponownie. Jeżeli nie uda mi się znaleźć lepszego, bądź przynajmniej porównywalnego kremu to pewnie za jakiś czas do niego wrócę. Na pewno jest wart wypróbowania, a próbki są dostępne w aptekach :).
PLUSY:
- lekka konsystencja hydrożelu
- szybko się wchłania
- dobrze nawilża
- bardzo przyjemny, świeży zapach
- nie pozostawia wyczuwalnej "warstwy" na skórze
- ładne, solidne opakowanie
- ładny kolor :D
- nadaje się pod makijaż
- idealny na lato
MINUSY:
- cena odstrasza - waha się od 100 (allegro) do nawet 160zł
- moja skóra chyba się przyzwyczaiła i nie odczuwam już takiego nawilżenia jak kiedyś
OCENA OGÓLNA:
5-/6
TAG:
Biotherm,
krem,
nawilżanie,
pielęgnacja,
twarz,
żel
niedziela, 5 maja 2013
Bielenda - Młodzieńczy Blask - Odżywczy krem ultra nawilżający
Nowość od Bielendy zagościła u mnie jakiś czas temu. Prawdę mówiąc byłam nastawiona sceptycznie do tego kremu, bo - jakkolwiek produkty Bielendy w większości lubię, tak akurat ich kremy do twarzy zazwyczaj oceniałam jako co najwyżej przyzwoite - bez szału. Tym razem jest już naprawdę nieźle - odstawiłam nawet chwilowo mój ulubiony Biotherm Aquasource i na razie pozostaję przy Bielendzie Młodzieńczy Blask, gdyż ma on jedną świetną właściwość - jaką? O tym w dalszej części recenzji :).
PLUSY:
- największy i najważniejszy - świetnie nadaje się pod makijaż, ponieważ nie powoduje błyszczenia, a nawet znacznie je redukuje!
- krem przeznaczony typowo dla cery 20+
- przyjemnie nawilża
- nie pozostawia wyczuwalnej ani widocznej warstwy na twarzy
- lekka konsystencja
- łatwo się wchłania
- bez parabenów, oleju parafinowego, PEG i sztucznych barwników
- przyjemny zapach - delikatny i nienachalny
- cena około 17zł
MINUSY:
- konsystencja mogłaby być jeszcze lżejsza - dla mnie ideał to hydrożel, ale to już bardziej moje widzimisię niż minus ;)
- zapach mógłby być nieco intensywniejszy - to moja opinia, ale wiem, że wielu osobom zbyt mocne zapachy kosmetyków przeszkadzają, więc w sumie dobrze, że firma nie przesadziła ;)
OCENA OGÓLNA:
5+/6
Bardzo fajny krem - jestem mile zaskoczona polskim produktem - firma Bielenda zrobiła mi naprawdę dużą i pozytywną niespodziankę tym produktem. W tej chwili mogę powiedzieć, że jest to ich najlepszy krem jakiego do tej pory używałam. Z chęcią wypróbuję wersję matującą, kiedy ten mi się skończy. Szczególnie polubiłam ten krem za to, że kiedy nałożę na niego makijaż, nie mam problemu z błyszczeniem się twarzy - świetnie współpracuje z moim aktualnym ulubieńcem BeBikowym (Lioele Dollish ;)) - przez cały dzień utrzymują błyszczenie w ryzach (ech ta cera mieszana i odwodniona...). Jestem tym faktem bardzo zaskoczona, gdyż właściwie prawie każdy krem jaki nakładałam pod makijaż powodował nasilenie błyszczenia!
Skład jest niezły, ale wpakowano do niego DMDM Hydantoin, co mi się nie podoba i mam nadzieję, że w końcu ten konserwant przestanie być używany, gdyż jest to donor formaldehydu (na zielono w składzie zaznaczyłam składniki w miarę neutralne, na niebiesko substancje pochodzenia roślinnego i wyciągi roślinne, na pomarańczowo takie, które mogą spowodować podrażnienia lub w inny sposób potencjalnie mogę zadziałać negatywnie, natomiast na czerwono - składniki, które nie powinny się znaleźć w produkcie, gdyż są szkodliwe). Co do zastosowanej technologii ciekłokrystalicznej... Hmm... Lipidy membranowe, kompatybilność z barierą hydrolipidową - klient-laik i tak nie będzie wiedział o co chodzi i z czym to się je, a tym bardziej nie sprawdzi tego, możemy więc pozostać przy zaufaniu do producenta, że rzeczywiście takowa technologia w kremie jest ;).
Pomimo drobnej wpadki w składzie, ja zamierzam nadal używać tego kremu, gdyż w tej chwili zapewnia mi efekt jakiego oczekuję najbardziej - brak błyszczenia, które było zawsze moją zmorą ;). Jeżeli też borykacie się z tym problemem - być może pomoże Wam tak jak mnie, a zatem - polecam :).
SKŁAD: Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Stearate, Sorbitan Stearate, Sorbityl Laurate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Olea Europea (Olive) Oil, Punica Granatum Fruit Extract, Propylene Glycol, Caesalpinia Spinosa Oligosacchrides, Caesalpinia Spinosa Gum, Panthenol, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Squalene, Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Beta-Sitosterol, Hydroxyethylcellulose, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Disodium EDTA, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.
PLUSY:
- największy i najważniejszy - świetnie nadaje się pod makijaż, ponieważ nie powoduje błyszczenia, a nawet znacznie je redukuje!
- krem przeznaczony typowo dla cery 20+
- przyjemnie nawilża
- nie pozostawia wyczuwalnej ani widocznej warstwy na twarzy
- lekka konsystencja
- łatwo się wchłania
- bez parabenów, oleju parafinowego, PEG i sztucznych barwników
- przyjemny zapach - delikatny i nienachalny
- cena około 17zł
MINUSY:
- konsystencja mogłaby być jeszcze lżejsza - dla mnie ideał to hydrożel, ale to już bardziej moje widzimisię niż minus ;)
- zapach mógłby być nieco intensywniejszy - to moja opinia, ale wiem, że wielu osobom zbyt mocne zapachy kosmetyków przeszkadzają, więc w sumie dobrze, że firma nie przesadziła ;)
OCENA OGÓLNA:
5+/6
Bardzo fajny krem - jestem mile zaskoczona polskim produktem - firma Bielenda zrobiła mi naprawdę dużą i pozytywną niespodziankę tym produktem. W tej chwili mogę powiedzieć, że jest to ich najlepszy krem jakiego do tej pory używałam. Z chęcią wypróbuję wersję matującą, kiedy ten mi się skończy. Szczególnie polubiłam ten krem za to, że kiedy nałożę na niego makijaż, nie mam problemu z błyszczeniem się twarzy - świetnie współpracuje z moim aktualnym ulubieńcem BeBikowym (Lioele Dollish ;)) - przez cały dzień utrzymują błyszczenie w ryzach (ech ta cera mieszana i odwodniona...). Jestem tym faktem bardzo zaskoczona, gdyż właściwie prawie każdy krem jaki nakładałam pod makijaż powodował nasilenie błyszczenia!
Skład jest niezły, ale wpakowano do niego DMDM Hydantoin, co mi się nie podoba i mam nadzieję, że w końcu ten konserwant przestanie być używany, gdyż jest to donor formaldehydu (na zielono w składzie zaznaczyłam składniki w miarę neutralne, na niebiesko substancje pochodzenia roślinnego i wyciągi roślinne, na pomarańczowo takie, które mogą spowodować podrażnienia lub w inny sposób potencjalnie mogę zadziałać negatywnie, natomiast na czerwono - składniki, które nie powinny się znaleźć w produkcie, gdyż są szkodliwe). Co do zastosowanej technologii ciekłokrystalicznej... Hmm... Lipidy membranowe, kompatybilność z barierą hydrolipidową - klient-laik i tak nie będzie wiedział o co chodzi i z czym to się je, a tym bardziej nie sprawdzi tego, możemy więc pozostać przy zaufaniu do producenta, że rzeczywiście takowa technologia w kremie jest ;).
Pomimo drobnej wpadki w składzie, ja zamierzam nadal używać tego kremu, gdyż w tej chwili zapewnia mi efekt jakiego oczekuję najbardziej - brak błyszczenia, które było zawsze moją zmorą ;). Jeżeli też borykacie się z tym problemem - być może pomoże Wam tak jak mnie, a zatem - polecam :).
SKŁAD: Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Stearate, Sorbitan Stearate, Sorbityl Laurate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Olea Europea (Olive) Oil, Punica Granatum Fruit Extract, Propylene Glycol, Caesalpinia Spinosa Oligosacchrides, Caesalpinia Spinosa Gum, Panthenol, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Squalene, Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Beta-Sitosterol, Hydroxyethylcellulose, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Disodium EDTA, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.
TAG:
20+,
Bielenda,
krem,
nawilżanie,
twarz
niedziela, 14 kwietnia 2013
L'Occitane en Provence - Cerisier aux Papillons - Spring Cherry - mydełko i krem do rąk - MINIrecenzja MINIproduktów - część I
Sporo blogerek połasiło się na współpracę z firmą L'Occitane en Provence - przyznaję się - ja też. Widząc na blogach naszych zachodnich sąsiadek produkty, które otrzymywały od firmy, spodziewałam się ciekawej nowej kooperacji. Póki co, jestem połowicznie zadowolona... Dlaczego? Wydaje mi się, że firma postawiła na ilość współpracujących blogów, zamiast skupić się na kilku i wysłać im porządne paczki, tak jak to się dzieje na zachodzie... Tym sposobem cała masa blogerek dostała najpierw paczuszki z 2 produktami - mydełkiem i miniaturką kremu do rąk, a następnie koszyczki z już naprawdę mini-mini próbeczkami. Oczywiście narzekać aż tak bardzo nie będę - fajnie, że mam szansę zapoznać się z produktami L'Occitane, jednak czuję się troszkę nabierana - tak jakby firma to mnie chciała skusić do zakupów, zamiast za moim pośrednictwem działać na odbiorców (bo chyba nie będziemy się oszukiwać, że ze strony firm takie właśnie są cele zawierania współprac ;)). Otrzymane produkty oczywiście wypróbowałam, ale osobnych recenzji dla każdego z nich nie będzie, no bo jaki produkt taka recenzja, czyli MINIprodukt - MINIrecenzja ;). Na pierwszy rzut malusia paczuszka nr 1 od L'Occitane. No to jadymy!
W pierwszej przesyłce znalazło się mydełko Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soap - produkt pełnowymiarowy, choć gramatura iście próbkowa - 50g, koszt - 15zł. Cena jak dla mnie zdecydowanie zawyżona, bo oprócz tego, że mydełko pachnie przyjemnie - delikatnie kwiatowo - oscyluje w okolicy zapachu kwiatów kwitnącej wiśni (choć nie jestem pewna czy nie dałam się ponieść sugestii producenta) - zapach pozostaje na dłoniach + ma śliczny kształt, to tak naprawdę nie różni się dosłownie niczym od zwykłych mydeł drogeryjnych. Myje zupełnie tak samo, wydajność identyczna, a na dodatek - dokładnie tak samo jak inne mydła w kostce - wysusza mi łapki :(. Na co dzień stosuję tylko mydła w płynie, które mają dodatki nawilżające, bo bardzo nie lubię mieć wysuszonych dłoni. Na twarz stosować nie próbowałam i nie zamierzam, jeśli ma to się skończyć tak jak dla moich biednych łapek...
Moja ocena: 2+/6
W związku z wysuszeniem, które zafundowało mi mydełko sięgnęłam niezwłocznie po drugi produkt z tej paczuszki, czyli krem do rąk Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soft Hand Cream. Po nałożeniu na dłonie - zdecydowana ulga. Krem ma ciekawą konsystencję - aż ciężko ją opisać, wygląda jakby zawierał w sobie proszek lub puder - obstawiam, że to zasługa skrobi tapiokowej, która jest dość wysoko w składzie. Przyjemnie się wchłania, dość szybko, nie pozostawia tłustej warstwy, a jedynie uczucie nawodnienia i prześliczny zapach. Niestety nie nawilża na zbyt długo - praktycznie po 15 minutach muszę ponownie sięgać po krem... Pojemność to 30ml, która o dziwo też jest pełnowymiarową gramaturą tego kosmetyku - obstawiam, że to ze względu na fakt, że obydwa produkty należą do edycji limitowanej. Koszt takiego malucha to 29,90zł - moim zdaniem dużo, przekładając na wydajność kremu, a przede wszystkim utrzymanie efektu nawilżenia.
Moja ocena: 3/6
Jak same widzicie, pierwsza paczuszka od L'Occitane niespecjalnie mnie przekonała, a wiem, że przecież firma może pochwalić się naprawdę dobrymi kosmetykami, bo znam ją od dawna, choć używam sporadycznie - ceny jednak nie zachęcają ;). Z tego co się orientuję kolekcja Cerisier aux Papillons w sklepie internetowym L'Occitane nie jest już dostępna - nie wiem jak to jest ze stacjonarnymi, jednak specjalnie po tej limitowance płakać nie zamierzam ;).
Wkrótce podzielę się z Wami jeszcze moją opinią na temat miniaturek ze słynnego już koszyczka L'Occitane. Nadal wyrabiam sobie zdanie na temat zawartych w nim miniaturek, choć na dłuższe i dogłębniejsze testy produktów raczej nie wystarczy ;).
W pierwszej przesyłce znalazło się mydełko Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soap - produkt pełnowymiarowy, choć gramatura iście próbkowa - 50g, koszt - 15zł. Cena jak dla mnie zdecydowanie zawyżona, bo oprócz tego, że mydełko pachnie przyjemnie - delikatnie kwiatowo - oscyluje w okolicy zapachu kwiatów kwitnącej wiśni (choć nie jestem pewna czy nie dałam się ponieść sugestii producenta) - zapach pozostaje na dłoniach + ma śliczny kształt, to tak naprawdę nie różni się dosłownie niczym od zwykłych mydeł drogeryjnych. Myje zupełnie tak samo, wydajność identyczna, a na dodatek - dokładnie tak samo jak inne mydła w kostce - wysusza mi łapki :(. Na co dzień stosuję tylko mydła w płynie, które mają dodatki nawilżające, bo bardzo nie lubię mieć wysuszonych dłoni. Na twarz stosować nie próbowałam i nie zamierzam, jeśli ma to się skończyć tak jak dla moich biednych łapek...
Moja ocena: 2+/6
W związku z wysuszeniem, które zafundowało mi mydełko sięgnęłam niezwłocznie po drugi produkt z tej paczuszki, czyli krem do rąk Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soft Hand Cream. Po nałożeniu na dłonie - zdecydowana ulga. Krem ma ciekawą konsystencję - aż ciężko ją opisać, wygląda jakby zawierał w sobie proszek lub puder - obstawiam, że to zasługa skrobi tapiokowej, która jest dość wysoko w składzie. Przyjemnie się wchłania, dość szybko, nie pozostawia tłustej warstwy, a jedynie uczucie nawodnienia i prześliczny zapach. Niestety nie nawilża na zbyt długo - praktycznie po 15 minutach muszę ponownie sięgać po krem... Pojemność to 30ml, która o dziwo też jest pełnowymiarową gramaturą tego kosmetyku - obstawiam, że to ze względu na fakt, że obydwa produkty należą do edycji limitowanej. Koszt takiego malucha to 29,90zł - moim zdaniem dużo, przekładając na wydajność kremu, a przede wszystkim utrzymanie efektu nawilżenia.
Moja ocena: 3/6
Wkrótce podzielę się z Wami jeszcze moją opinią na temat miniaturek ze słynnego już koszyczka L'Occitane. Nadal wyrabiam sobie zdanie na temat zawartych w nim miniaturek, choć na dłuższe i dogłębniejsze testy produktów raczej nie wystarczy ;).
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Lioele - Dollish Veil Vita BB - #2 Natural Green - BB krem
Kryzys trwa. Spowodowany wszechkurdeogarniającą zimą!!! Nawet zdjęć porządnych nie da się zrobić co skutecznie odwlekało powstanie jakiegokolwiek posta na bloga. Bo jak mi zdjęcia nie wychodzą to taka niechęć i niechciejstwo i tumiwisizm. No ale jest. Przełamałam się. Jak Lewandowski w meczu z San Marino (bu ha ha.). Dalej będzie bardziej optymistycznie niż w tym wstępie ;). Przejdźmy więc do bohatera dnia...
PLUSY:
- przeprzeprzeprzepiękny zapach <3 - jaśminowy?
- zmienia kolor - taaaki bajer :D
- śliczne, naturalne wykończenie - chyba jedyny BB krem, po którym w zasadzie nie muszę używać pudru
- zielone tony neutralizują zaczerwienienia
- do pewnego stopnia dopasowuje się do karnacji
- bardzo przyjemnie nawilża
- zawiera filtr SPF 25/PA++
- dobre krycie, ale bez nienaturalnego efektu
- mówiłam już o zapachu?? :D
- śliczne opakowanie
- higieniczny dozownik w postaci pompki, która wypluwa z siebie odpowiednią ilość produktu
- nie podkreśla suchych skórek
- przyjemna konsystencja, dobrze się aplikuje
- nienajgorszy skład (choć przydługawy i zawiera parabeny i trochę chemikaliów, to jednak nie ma tragedii ;))
- nie zapycha (no dobra, mnie niewiele rzeczy zapycha...)
MINUSY:
- cena - około 50zł za 30ml
- dostępność - ebay lub znacznie drożej w polskich drogeriach internetowych ;) - ja kupowałam oczywiście na ebayu - u użytkownika rubyruby76 - tutaj - mogę polecić :)
- nie widać zużycia produktu
OCENA OGÓLNA:
6/6
Moje ukochane różowe maleństwo - nie zamienię na nic innego w tej chwili! Ja wiem - było już kilka takich BB kremów, które wywoływały u mnie ochy i achy, ale chyba dopiero teraz wiem, że czegoś im brakowało, dostrzegam ich minusy na tle właśnie Lioele Dollish. Do zakupu tego BeBika przymierzałam się odkąd zobaczyłam go na blogu Hexxany - pewnie z rok temu. No i tak chodziłam dookoła niego, czytałam opinie, zastanawiałam się, no i w końcu postanowiłam, że raz kozie i takie tam i "bierę!". No i wzięłam. I nie żałuję! Właściwie wszystkie jego zalety są wypisane w plusach - a zalet tych ma wiele ;). Mnie urzekł szczególnie trzema swoimi właściwościami - bajeranckim efektem zmiany koloru (hihi :D), przecudnym zapachem (chcę takie perfuuuumy!!!) oraz faktem, że nie świecę się po nim <3. W następnej kolejności doceniłam go za maskowanie zaczerwienień i naturalnie matowe wykończenie :). Teoretycznie jest to krem bazowy, jednak ja z powodzeniem stosuję go solo.
Naprawdę polecam Wam wypróbowanie tego BeBika - nawet jeżeli dotychczas BB kremy nie do końca przypadały Wam do gustu. Myślę, że w tym przypadku jest duża szansa, że się z nim polubicie - malowałam nim kilka moich koleżanek i wszystkie chcą, żebym dla nich też zamówiła tego cudaka :D.
PLUSY:
- przeprzeprzeprzepiękny zapach <3 - jaśminowy?
- zmienia kolor - taaaki bajer :D
- śliczne, naturalne wykończenie - chyba jedyny BB krem, po którym w zasadzie nie muszę używać pudru
- zielone tony neutralizują zaczerwienienia
- do pewnego stopnia dopasowuje się do karnacji
- bardzo przyjemnie nawilża
- zawiera filtr SPF 25/PA++
- dobre krycie, ale bez nienaturalnego efektu
- mówiłam już o zapachu?? :D
- śliczne opakowanie
- higieniczny dozownik w postaci pompki, która wypluwa z siebie odpowiednią ilość produktu
- nie podkreśla suchych skórek
- przyjemna konsystencja, dobrze się aplikuje
- nienajgorszy skład (choć przydługawy i zawiera parabeny i trochę chemikaliów, to jednak nie ma tragedii ;))
- nie zapycha (no dobra, mnie niewiele rzeczy zapycha...)
MINUSY:
- cena - około 50zł za 30ml
- dostępność - ebay lub znacznie drożej w polskich drogeriach internetowych ;) - ja kupowałam oczywiście na ebayu - u użytkownika rubyruby76 - tutaj - mogę polecić :)
- nie widać zużycia produktu
OCENA OGÓLNA:
6/6
Moje ukochane różowe maleństwo - nie zamienię na nic innego w tej chwili! Ja wiem - było już kilka takich BB kremów, które wywoływały u mnie ochy i achy, ale chyba dopiero teraz wiem, że czegoś im brakowało, dostrzegam ich minusy na tle właśnie Lioele Dollish. Do zakupu tego BeBika przymierzałam się odkąd zobaczyłam go na blogu Hexxany - pewnie z rok temu. No i tak chodziłam dookoła niego, czytałam opinie, zastanawiałam się, no i w końcu postanowiłam, że raz kozie i takie tam i "bierę!". No i wzięłam. I nie żałuję! Właściwie wszystkie jego zalety są wypisane w plusach - a zalet tych ma wiele ;). Mnie urzekł szczególnie trzema swoimi właściwościami - bajeranckim efektem zmiany koloru (hihi :D), przecudnym zapachem (chcę takie perfuuuumy!!!) oraz faktem, że nie świecę się po nim <3. W następnej kolejności doceniłam go za maskowanie zaczerwienień i naturalnie matowe wykończenie :). Teoretycznie jest to krem bazowy, jednak ja z powodzeniem stosuję go solo.
Naprawdę polecam Wam wypróbowanie tego BeBika - nawet jeżeli dotychczas BB kremy nie do końca przypadały Wam do gustu. Myślę, że w tym przypadku jest duża szansa, że się z nim polubicie - malowałam nim kilka moich koleżanek i wszystkie chcą, żebym dla nich też zamówiła tego cudaka :D.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



