Posta lakierowego nie było u mnie od dłuższego czasu... Powód? Moje paznokcie przeżywały apogeum złego stanu... Nie wiem czy to kwestia zaprzestania używania Nail Teka czy zmiany organiczne wynikające z trybu życia, stresu, nie do końca dobrego odżywiania, ale po prostu moje paznokcie ostatnio to jakaś tragedia... Muszę się za nie porządnie zabrać! Wracając jednak do lakierów - dostałam ostatnio od firmy Joko takie śliczności, że po prostu musicie je zobaczyć! :D Trzy lakiery z kolekcji Orient Express w przecudnych kolorach, które urzekł mnie od pierwszego wejrzenia <3. Zapraszam do recenzji!
PLUSY:
- prześliczne kolory - nasycony róż Byzantine Rose, błękitny jak niebo Blue Fez i pistacjowy Persian Carpet
- niezłe krycie - 2 warstwy
- przyzwoity czas schnięcia
- trwałość 3-4 dni - może być
- bardzo wygodny, zaokrąglony i szeroki pędzelek - dobrze się maluje
- cena 13,50zł za 10ml w sklepie firmowym Miraculum
MINUSY:
- dla mnie są odrobinę za gęste i obawiam się, że jeszcze zgęstnieją...
OCENA OGÓLNA:
4+/6
Uważam, że lakiery zasługują na 4 z plusem - przede wszystkim za śliczne kolory, niezłe krycie i nawet przyzwoitą trwałość (jeżeli lakier wytrzymuje na moich paznokciach dłużej niż 2 dni to jest już nieźle ;)). Przyznam, że nazwa kolekcji - Orient Express jakoś z takimi kolorami mi się nie kojarzy, bo moim zdaniem są typowo wiosenne, ale taka była wizja producenta, więc spierać się nie będę, bo tak czy siak - podoba mi się! Jedyne do czego mogę się przyczepić to fakt, że lakiery są jak na mój gust odrobinę za gęste i przez to wydają się tworzyć grubą warstwę na paznokciu, chociaż z drugiej strony to chyba typowe dla mlecznych odcieni (w kolorze Byzantine Rose ten efekt jest najmniej wyrażony chyba właśnie przez to, że nie jest to "mleczak"). Jeżeli natkniecie się na te lakiery - warto wypróbować, ja jestem zadowolona :).
sobota, 4 maja 2013
środa, 24 kwietnia 2013
Schwarzkopf - Color Mask - 600 Jasny brąz - Siulkowe farbowanie!
Farbę Schwarzkopf Color Mask kupiłam od razu kiedy ukazała się na rynku, wówczas był to odcień 500 i byłam z niej zadowolona, więc kiedy dostałam propozycję otrzymania jej także do testów - zgodziłam się, bo wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Tym razem wybrałam znany mi już odcień 500 - Średni brąz oraz o poziom jaśniejszy - 600 - Jasny brąz. Jako że wtedy recenzji nie zrobiłam - jakoś mi to umknęło, to tym razem będą dwie - dzisiaj odcień 600, a przy kolejnym farbowaniu - czyli pewnie za około miesiąc - 500 :).
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Sleek - i-Divine - Showstoppers - paleta cieni do powiek
Jako rasowa Sleekomaniaczka, nie mogłam się nie skusić na najnowsze dziecko Sleeka czyli paletę Sleek i-Divine Showstoppers :D. Co prawda początkowo dumałam nad jej przydatnością i zastanawiałam się czy aby te kolory aż tak bardzo przypadają mi do gustu - na zdjęciach promocyjnych - owszem, bardzo mi się podobała, ale jak widziałam swatche na blogach, to już jakoś tak nie do końca... Los jednak chciał żeby Showstoppers wpadła w moje łapki, a stało się to za sprawą drogerii internetowej Cocolita.pl, której bardzo dziękuję, ocena będzie oczywiście obiektywnie subiektywna czyli po prostu moja :D. Zatem dzisiaj Sleek Showstoppers oceniony moim okiem i obiektywem :).
PLUSY:
- standardowe Sleekowe opakowanie - minimalistyczne, ale eleganckie i profesjonalne z lusterkiem i aplikatorkiem
- jak zwykle bardzo dobre napigmentowanie większości cieni (o tym jeszcze więcej w dalszej części posta)
- ciekawy dobór kolorów - można zmajstrować zarówno bardzo uniwersalny jak i nieco urozmaicony kolorystycznie makijaż
- pół na pół cienie matowe z metalicznymi - dla każdego coś dobrego ;)
- trwałość - jak zwykle w przypadku Sleeka - bardzo dobra, z bazą - niemalże 24-godzinna
- cienie (większość) nie gubią koloru przy rozcieraniu
- nie osypują się
MINUSY:
- Sleek nadal nie nauczył się umieszczać nazw palet na opakowaniu, co skutecznie utrudnia mi rozeznanie się w moim zbiorze (Showstoppers to moja 11 (słownie: jedenasta :)) paleta Sleeka - wszystkie są identyczne...)
- mylące nazwy...
OCENA OGÓLNA:
5/6
Ogólnie jestem zadowolona z faktu, że ta paleta jednak się w moich rękach znalazła, bo kryje się w niej niemały potencjał i mam już w niej paru cieniowych ulubieńców. Bywały palety Sleeka, które dostawały ocenę 6, jednak w tym przypadku mam drobne "ale" wobec niektórych cieni, napiszę więc parę słów o każdym z nich, a także o tym dlaczego uważam, że nazwy cieni są mylące... Zatem... co do nazw... Tym razem Sleek postanowił nazwać poszczególne cienie imionami nadanymi dotychczas wypuszczonym paletom, nie wiem czy był to celowy zabieg, jednak nazwy, które przypisano poszczególnym cieniom nieszczególnie kojarzą mi się z odpowiednimi paletami, więc postanowiłam, że podam Wam też moje propozycje zmiany nazw dla tych cieni :).
W celu ułatwienia identyfikacji kolorów posłużę się zdjęciem promocyjnym, a dalej zobaczycie już moje własne swatche :). Lecimy od góry do dołu, od lewej do prawej - po kolei.
Ultramattes V2 - po prostu czerń, w tym przypadku dobrze napigmentowana, nie osypuje się tak bardzo jak ta z palety, od któej otrzymała nazwę (recenzja Ultramattes V2 czyli palety Darks też się niedługo pojawi), tutaj akurat zgodzę się z nazwą - Darks pasuje :)
Graphite - piękny metaliczny brąz, boska pigmentacja, nie wiem kto wpadł na pomysł by nazwać go w ten sposób, mnie tu pasuje Au Naturel
Noir - metaliczny stalowy cień, świetna pigmentacja, nazwałabym go Bad Girl :), nie było nigdy palety Sleeka o nazwie Noir...
Au Natural - cudnie napigmentowany fiolet z brokatem - niestety brokat szybko ginie przy malowaniu, ze względu na brokat nazwałabym go Sparkle, bo nie mam pojęcia co ma niby mieć wspólnego z paletą Au Natural..?
Bad Girl - cudny metalik w kolorze starego złota, ale wpadający nieco bardziej w zieleń - świetnie napigmentowany, chyba mój ulubiony w tej palecie, z Bad Girl nie kojarzy się w ogóle, może Safari (moja wymarzona paleta...)
Sparkle - bardzo delikatny odcień pudru, metaliczny i bardzo dobrze napigmentowany, pasowałaby mi tu nazwa Oh So Special
Me, myself&eye - metaliczna biel, bardzo dobra pigmentacja, bardzo podobna biel, równie dobrze napigmentowana, znajduje się w Curacao z kolekcji Caribbean pod nazwą Martini
Storm - dość dobrze napigmentowany granatowy mat, skojarzenie padło na Supreme
Sunset - pięknie napigmentowany metaliczny cień w odcieniu, który bardzo ciężko mi jest zdefiniować - metaliczne czerwone wino? Podobny odcień był w palecie Storm, jednak tutaj nazwa Sunset również mi pasuje
Bohemian - śliczny brzoskwiniowy, matowy róż, pigmentacja taka sobie - bez szału, kojarzy mi się z paletą Respect
Paraguaya - matowy, pudrowy cień, pigmentacja niestety słabiutka, najgorszy w tej palecie, nazwa Paraguaya może być ;)
Oh So Special - fajna stalowa, matowa szarość, nieźle napigmentowany cień, który zupełnie nie kojarzy mi się ze swoją nazwą... Nazwałabym go Graphite :)
A teraz zapraszam Was do obejrzenia próbnika kolorów cieni - kolory podrasowane nieco w programie graficznym, aby jak najlepiej oddać na ekranie komputera zeżarte przez aparat barwy.
I czas na swatche...
P.S. Dopiero teraz zauważyłam, że na ostatnim zdjęciu nie ma swatcha cienia Paraguaya, co oczywiście spowodowane było jego beznadziejną pigmentacją - nie zauważyłam go na zdjęciu i wycięłam przy obróbce ;).
Paletę można znaleźć w ofercie cocolita.pl <-- klik!
Mała poprawka!!!
Okazuje się, że jak słusznie zauważyła w komentarzach ofetowa z tymi nazwami jest coś nie tak! I rzeczywiście, na zdjęciach promocyjnych kolory nazwane są inaczej, a inaczej na wkładce do palety - przedstawiam Wam więc faktyczne nazwy poszczególnych kolorów - zdecydowanie bardziej adekwatne - niektóre zgadzają się z moimi typami :D.
PLUSY:
- standardowe Sleekowe opakowanie - minimalistyczne, ale eleganckie i profesjonalne z lusterkiem i aplikatorkiem
- jak zwykle bardzo dobre napigmentowanie większości cieni (o tym jeszcze więcej w dalszej części posta)
- ciekawy dobór kolorów - można zmajstrować zarówno bardzo uniwersalny jak i nieco urozmaicony kolorystycznie makijaż
- pół na pół cienie matowe z metalicznymi - dla każdego coś dobrego ;)
- trwałość - jak zwykle w przypadku Sleeka - bardzo dobra, z bazą - niemalże 24-godzinna
- cienie (większość) nie gubią koloru przy rozcieraniu
- nie osypują się
MINUSY:
- Sleek nadal nie nauczył się umieszczać nazw palet na opakowaniu, co skutecznie utrudnia mi rozeznanie się w moim zbiorze (Showstoppers to moja 11 (słownie: jedenasta :)) paleta Sleeka - wszystkie są identyczne...)
- mylące nazwy...
OCENA OGÓLNA:
5/6
Ogólnie jestem zadowolona z faktu, że ta paleta jednak się w moich rękach znalazła, bo kryje się w niej niemały potencjał i mam już w niej paru cieniowych ulubieńców. Bywały palety Sleeka, które dostawały ocenę 6, jednak w tym przypadku mam drobne "ale" wobec niektórych cieni, napiszę więc parę słów o każdym z nich, a także o tym dlaczego uważam, że nazwy cieni są mylące... Zatem... co do nazw... Tym razem Sleek postanowił nazwać poszczególne cienie imionami nadanymi dotychczas wypuszczonym paletom, nie wiem czy był to celowy zabieg, jednak nazwy, które przypisano poszczególnym cieniom nieszczególnie kojarzą mi się z odpowiednimi paletami, więc postanowiłam, że podam Wam też moje propozycje zmiany nazw dla tych cieni :).
W celu ułatwienia identyfikacji kolorów posłużę się zdjęciem promocyjnym, a dalej zobaczycie już moje własne swatche :). Lecimy od góry do dołu, od lewej do prawej - po kolei.
Ultramattes V2 - po prostu czerń, w tym przypadku dobrze napigmentowana, nie osypuje się tak bardzo jak ta z palety, od któej otrzymała nazwę (recenzja Ultramattes V2 czyli palety Darks też się niedługo pojawi), tutaj akurat zgodzę się z nazwą - Darks pasuje :)
Graphite - piękny metaliczny brąz, boska pigmentacja, nie wiem kto wpadł na pomysł by nazwać go w ten sposób, mnie tu pasuje Au Naturel
Noir - metaliczny stalowy cień, świetna pigmentacja, nazwałabym go Bad Girl :), nie było nigdy palety Sleeka o nazwie Noir...
Au Natural - cudnie napigmentowany fiolet z brokatem - niestety brokat szybko ginie przy malowaniu, ze względu na brokat nazwałabym go Sparkle, bo nie mam pojęcia co ma niby mieć wspólnego z paletą Au Natural..?
Bad Girl - cudny metalik w kolorze starego złota, ale wpadający nieco bardziej w zieleń - świetnie napigmentowany, chyba mój ulubiony w tej palecie, z Bad Girl nie kojarzy się w ogóle, może Safari (moja wymarzona paleta...)
Sparkle - bardzo delikatny odcień pudru, metaliczny i bardzo dobrze napigmentowany, pasowałaby mi tu nazwa Oh So Special
Me, myself&eye - metaliczna biel, bardzo dobra pigmentacja, bardzo podobna biel, równie dobrze napigmentowana, znajduje się w Curacao z kolekcji Caribbean pod nazwą Martini
Storm - dość dobrze napigmentowany granatowy mat, skojarzenie padło na Supreme
Sunset - pięknie napigmentowany metaliczny cień w odcieniu, który bardzo ciężko mi jest zdefiniować - metaliczne czerwone wino? Podobny odcień był w palecie Storm, jednak tutaj nazwa Sunset również mi pasuje
Bohemian - śliczny brzoskwiniowy, matowy róż, pigmentacja taka sobie - bez szału, kojarzy mi się z paletą Respect
Paraguaya - matowy, pudrowy cień, pigmentacja niestety słabiutka, najgorszy w tej palecie, nazwa Paraguaya może być ;)
Oh So Special - fajna stalowa, matowa szarość, nieźle napigmentowany cień, który zupełnie nie kojarzy mi się ze swoją nazwą... Nazwałabym go Graphite :)
A teraz zapraszam Was do obejrzenia próbnika kolorów cieni - kolory podrasowane nieco w programie graficznym, aby jak najlepiej oddać na ekranie komputera zeżarte przez aparat barwy.
I czas na swatche...
P.S. Dopiero teraz zauważyłam, że na ostatnim zdjęciu nie ma swatcha cienia Paraguaya, co oczywiście spowodowane było jego beznadziejną pigmentacją - nie zauważyłam go na zdjęciu i wycięłam przy obróbce ;).
Paletę można znaleźć w ofercie cocolita.pl <-- klik!
Mała poprawka!!!
Okazuje się, że jak słusznie zauważyła w komentarzach ofetowa z tymi nazwami jest coś nie tak! I rzeczywiście, na zdjęciach promocyjnych kolory nazwane są inaczej, a inaczej na wkładce do palety - przedstawiam Wam więc faktyczne nazwy poszczególnych kolorów - zdecydowanie bardziej adekwatne - niektóre zgadzają się z moimi typami :D.
niedziela, 14 kwietnia 2013
L'Occitane en Provence - Cerisier aux Papillons - Spring Cherry - mydełko i krem do rąk - MINIrecenzja MINIproduktów - część I
Sporo blogerek połasiło się na współpracę z firmą L'Occitane en Provence - przyznaję się - ja też. Widząc na blogach naszych zachodnich sąsiadek produkty, które otrzymywały od firmy, spodziewałam się ciekawej nowej kooperacji. Póki co, jestem połowicznie zadowolona... Dlaczego? Wydaje mi się, że firma postawiła na ilość współpracujących blogów, zamiast skupić się na kilku i wysłać im porządne paczki, tak jak to się dzieje na zachodzie... Tym sposobem cała masa blogerek dostała najpierw paczuszki z 2 produktami - mydełkiem i miniaturką kremu do rąk, a następnie koszyczki z już naprawdę mini-mini próbeczkami. Oczywiście narzekać aż tak bardzo nie będę - fajnie, że mam szansę zapoznać się z produktami L'Occitane, jednak czuję się troszkę nabierana - tak jakby firma to mnie chciała skusić do zakupów, zamiast za moim pośrednictwem działać na odbiorców (bo chyba nie będziemy się oszukiwać, że ze strony firm takie właśnie są cele zawierania współprac ;)). Otrzymane produkty oczywiście wypróbowałam, ale osobnych recenzji dla każdego z nich nie będzie, no bo jaki produkt taka recenzja, czyli MINIprodukt - MINIrecenzja ;). Na pierwszy rzut malusia paczuszka nr 1 od L'Occitane. No to jadymy!
W pierwszej przesyłce znalazło się mydełko Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soap - produkt pełnowymiarowy, choć gramatura iście próbkowa - 50g, koszt - 15zł. Cena jak dla mnie zdecydowanie zawyżona, bo oprócz tego, że mydełko pachnie przyjemnie - delikatnie kwiatowo - oscyluje w okolicy zapachu kwiatów kwitnącej wiśni (choć nie jestem pewna czy nie dałam się ponieść sugestii producenta) - zapach pozostaje na dłoniach + ma śliczny kształt, to tak naprawdę nie różni się dosłownie niczym od zwykłych mydeł drogeryjnych. Myje zupełnie tak samo, wydajność identyczna, a na dodatek - dokładnie tak samo jak inne mydła w kostce - wysusza mi łapki :(. Na co dzień stosuję tylko mydła w płynie, które mają dodatki nawilżające, bo bardzo nie lubię mieć wysuszonych dłoni. Na twarz stosować nie próbowałam i nie zamierzam, jeśli ma to się skończyć tak jak dla moich biednych łapek...
Moja ocena: 2+/6
W związku z wysuszeniem, które zafundowało mi mydełko sięgnęłam niezwłocznie po drugi produkt z tej paczuszki, czyli krem do rąk Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soft Hand Cream. Po nałożeniu na dłonie - zdecydowana ulga. Krem ma ciekawą konsystencję - aż ciężko ją opisać, wygląda jakby zawierał w sobie proszek lub puder - obstawiam, że to zasługa skrobi tapiokowej, która jest dość wysoko w składzie. Przyjemnie się wchłania, dość szybko, nie pozostawia tłustej warstwy, a jedynie uczucie nawodnienia i prześliczny zapach. Niestety nie nawilża na zbyt długo - praktycznie po 15 minutach muszę ponownie sięgać po krem... Pojemność to 30ml, która o dziwo też jest pełnowymiarową gramaturą tego kosmetyku - obstawiam, że to ze względu na fakt, że obydwa produkty należą do edycji limitowanej. Koszt takiego malucha to 29,90zł - moim zdaniem dużo, przekładając na wydajność kremu, a przede wszystkim utrzymanie efektu nawilżenia.
Moja ocena: 3/6
Jak same widzicie, pierwsza paczuszka od L'Occitane niespecjalnie mnie przekonała, a wiem, że przecież firma może pochwalić się naprawdę dobrymi kosmetykami, bo znam ją od dawna, choć używam sporadycznie - ceny jednak nie zachęcają ;). Z tego co się orientuję kolekcja Cerisier aux Papillons w sklepie internetowym L'Occitane nie jest już dostępna - nie wiem jak to jest ze stacjonarnymi, jednak specjalnie po tej limitowance płakać nie zamierzam ;).
Wkrótce podzielę się z Wami jeszcze moją opinią na temat miniaturek ze słynnego już koszyczka L'Occitane. Nadal wyrabiam sobie zdanie na temat zawartych w nim miniaturek, choć na dłuższe i dogłębniejsze testy produktów raczej nie wystarczy ;).
W pierwszej przesyłce znalazło się mydełko Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soap - produkt pełnowymiarowy, choć gramatura iście próbkowa - 50g, koszt - 15zł. Cena jak dla mnie zdecydowanie zawyżona, bo oprócz tego, że mydełko pachnie przyjemnie - delikatnie kwiatowo - oscyluje w okolicy zapachu kwiatów kwitnącej wiśni (choć nie jestem pewna czy nie dałam się ponieść sugestii producenta) - zapach pozostaje na dłoniach + ma śliczny kształt, to tak naprawdę nie różni się dosłownie niczym od zwykłych mydeł drogeryjnych. Myje zupełnie tak samo, wydajność identyczna, a na dodatek - dokładnie tak samo jak inne mydła w kostce - wysusza mi łapki :(. Na co dzień stosuję tylko mydła w płynie, które mają dodatki nawilżające, bo bardzo nie lubię mieć wysuszonych dłoni. Na twarz stosować nie próbowałam i nie zamierzam, jeśli ma to się skończyć tak jak dla moich biednych łapek...
Moja ocena: 2+/6
W związku z wysuszeniem, które zafundowało mi mydełko sięgnęłam niezwłocznie po drugi produkt z tej paczuszki, czyli krem do rąk Cerisier aux Papillons Spring Cherry Soft Hand Cream. Po nałożeniu na dłonie - zdecydowana ulga. Krem ma ciekawą konsystencję - aż ciężko ją opisać, wygląda jakby zawierał w sobie proszek lub puder - obstawiam, że to zasługa skrobi tapiokowej, która jest dość wysoko w składzie. Przyjemnie się wchłania, dość szybko, nie pozostawia tłustej warstwy, a jedynie uczucie nawodnienia i prześliczny zapach. Niestety nie nawilża na zbyt długo - praktycznie po 15 minutach muszę ponownie sięgać po krem... Pojemność to 30ml, która o dziwo też jest pełnowymiarową gramaturą tego kosmetyku - obstawiam, że to ze względu na fakt, że obydwa produkty należą do edycji limitowanej. Koszt takiego malucha to 29,90zł - moim zdaniem dużo, przekładając na wydajność kremu, a przede wszystkim utrzymanie efektu nawilżenia.
Moja ocena: 3/6
Wkrótce podzielę się z Wami jeszcze moją opinią na temat miniaturek ze słynnego już koszyczka L'Occitane. Nadal wyrabiam sobie zdanie na temat zawartych w nim miniaturek, choć na dłuższe i dogłębniejsze testy produktów raczej nie wystarczy ;).
niedziela, 7 kwietnia 2013
Toni&Guy - Glamour - Firm Hold Hairspray - lakier mocno utrwalający do włosów
Mam takie małe spostrzeżenie co do mojego podejścia do kosmetyków. Otóż - z góry przepraszam za wyrażenie - mam pierdolca na punkcie zapachów. Tak właśnie. Kosmetyk który ładnie pachnie (kwestia stuprocentowo subiektywna) zawsze dostanie wyższą ocenę, natomiast taki, który - choćby działał cuda niebieskie, ma zapach nieprzyjemny, zostanie przeze mnie oceniony niżej. Również przeciętne i typowe zapachy nie robią na mnie wrażenia. Musi być to coś, co porwie mię za nos <3. Tak się stało w przypadku produktu, który Wam dzisiaj przedstawię. Tak oto ten wstęp stał się przy okazji wyjaśnieniem dlaczego kupiłam produkt około 3 razy droższy niż przeciętna kwota wydawana na kosmetyk tego typu. Jestem zapachową blacharą. Ba-dum tss!
PLUSY:
- tego się nie spodziewacie... ZAPACH! :D
- bardzo dobre utrwalenie - fryzura wytrzymała bez przyklapnięcia przez całe spotkanie z vlogerkami/blogerkami w Gliwiczech, nawet pomimo wilgotności powietrza
- nie skleja włosów
- wspominałam już o zapachu?
- bardzo estetyczne opakowanie - lubię taki styl
- wygodny i nietypowy (chyba, albo ja mam za małe doświadczenie) "psikacz", zabezpieczony przed pierwszym otwarciem
- łatwo się wyczesuje
- nadaje połysk
- utrzymuje podtapirowane włosy uniesione, na czym najbardziej mi zależało
- oprócz tego, że zapach jest świetny, to czuć go jeszcze bardzo długo po aplikacji - utrzymuje się lepiej niż niejedne perfumy!
MINUSY:
- cena - ubolewam nad nią bardzo - w Rossmannie dostępny za 34,99zł za 250ml, więc mogłabym za to ze trzy lakiery kupić...
OCENA OGÓLNA:
5+/6
Nie dostaje 6tki tylko i wyłącznie ze względu na cenę. I tak kupię go znowu... bo ja ten lakier pokochałam i pozostanę przy nim. Generalnie produkty Toni&Guy zdobyły moje serce zdecydowanie i zamierzam raz w miesiącu coś tam nowego sobie z tej firmy sprawiać, bo chyba się uzależniłam od zapachu ich kosmetyków... Nazywam się Kasia i jestem nieanonimową zapachoholiczką :D. Cóż ja mogę więcej napisać niż to co znalazło się w plusach? Największy jest za zapach (który trwa i trwa <3) i utrzymanie uniesienia moich włosów, które bardzo kochają grawitację i najchętniej leżałyby przylizane... Polecam wypróbowanie, ale najpierw obadajcie sobie zapach, bo spotkałam się też z opiniami, że nie wszystkim przypada do gustu tak jak mnie, a trzeba przyznać, że jest dość intensywny.
TAG:
fryzura,
konkurs,
lakier,
lakier do włosów,
Toni and Guy,
wizaż,
włosy
Subskrybuj:
Posty (Atom)



