poniedziałek, 23 września 2013

Joko - Pressed Blusher - J1, J3 - róże do policzków - pozytywne zaskoczenie :)

Wybaczcie mi dwudniową przerwę w publikowaniu postów - przyznaję się bez bicia - poniósł mnie melanż :D. Swoją drogą co byście powiedziały kiedyś na posta o moich ulubionych miejscach, w których bywam w Katowicach? :D

No dobra - ale o tym to nie dzisiaj ;). Dzisiaj będzie o moim różowym odkryciu, którego właściwie się nie spodziewałam, a firma Joko mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Z kolorówką od Joko generalnie raczej się lubię, choć wiadomo - raz jest lepiej, raz gorzej. Tym razem firma poszła w dobrym kierunku.

W sierpniu dostałam do wypróbowania dwa róże prasowane w kolorach J1 i J3, które szybko awansowały na pozycję aktualnych ulubieńców. Przede wszystkim obydwa kolory bardzo przypadły mi do gustu - w rzeczywistości są cieplejsze niż na zdjęciach, ale mój aparat oczywiście zjadł barwy ;).
Opakowanie jest charakterystyczne dla produktów Joko - ani mnie ziębi ani grzeje jego wygląd - najważniejsze jest to, że tym razem udało się nie połamać paznokci przy otwieraniu :D. W pudełeczku nie ma lusterka ani żadnego aplikatorka do różu - choć zazwyczaj nie używam dołączonego do produktu aplikatora, to jednak lubię żeby był, w razie gdybym chciała nosić kosmetyk w torebce i poprawić makijaż nie mając pod ręką mojego zestawu pędzli.
Róże mają bardzo przyjemną satynową konsystencję, nie są mocno sprasowane, a wręcz dość "miękkie" dają się łatwo nabierać na pędzel, są dobrze napigmentowane, ale nie robią plam (no dobra - używam jajeczka z Real Techniques, a ono samo maluje <3 - recenzja wkrótce :D), efekt jest bardzo subtelny i naturalny, można go stopniować.
Oprócz ślicznych odcieni, cieszy mnie jeszcze bardzo ładny zapach tych produktów, który uprzyjemnia używanie :).
Kolor J1 jest nieco jaśniejszy, w odcieniu ciepłego różu wpadającego w brzoskwinię - uważam, że to bardzo naturalny i bezpieczny kolor, który będzie pasował praktycznie do każdej karnacji i urody. Ponadto nie ma w nim ani grama drobinek, co bardzo mnie cieszy, bo choć jestem niewątpliwie sroką, to czasami stawiam na matowe róże.
Kolor J3 jest odrobinkę ciemniejszy ale w tej samej tonacji kolorystycznej. Zawiera malusieńkie złote drobinki - jednak nie jest to poziom tandetnego brokatu, a bardzo subtelne rozświetlenie.
Jak już wspomniałam róże te są dość miękkie, więc ich wydajność na pewno będzie mniejsza niż produktów spiekanych, ale moim zdaniem warte są swojej ceny, która wynosi około 19zł. Ja jestem z tych kosmetyków zadowolona, tym bardziej, że Joko wzięło mnie z zaskoczenia - nie spodziewałam się paczuszki od nich + nie spodziewałam się, że aż tak przypadnie mi do gustu jej zawartość ;). Prawdę mówiąc na początku byłam dość sceptycznie nastawiona i róże chciałam oddać mamie lub babci, ale entuzjastyczny post Panny Joanny na ich temat przekonał mnie, żeby spróbować - i nie żałuję :).
PLUSY:
- bardzo ładne odcienie
- dobra pigmentacja
- miękka i dobrze "nabieralna" na pędzel konsystencja
- nie robią plam - dobrze rozprowadzają się po twarzy
- można stopniować efekt
- ładny zapach
- estetyczne opakowanie
- cena - 19zł

MINUSY:
 - miękka konsystencja wróży mniejszą wydajność
- brak lusterka i aplikatorka w opakowaniu


OCENA OGÓLNA:








piątek, 20 września 2013

Pachnący Piątek z Goodies.pl - Yankee Candle - A teraz zaśnij już kochanie... Pa... aa... aa...


Na wstępie do tego posta ostrzegam, że jak się ktoś boi Majki Jeżowskiej (Digga :*), to pojawi się w poście, więc proszę się zaopatrzyć w herbatkę walerianową :D.

Witam Was ciepło w kolejny Pachnący Piątek z Goodies.pl! Właściwie bardziej na miejscu byłoby opublikować posta o takim tytule wieczorem, aby ululać Was do snu, ale nie mogłam się powstrzymać, bo mam dla Was dzisiaj 3 zapachy, które zdecydowanie skradły moje serducho :). Tytuł posta nie bez przyczyny jest fragmentem pewnej kołysanki/piosenki, którą pamiętam z dzieciństwa i kocham do dziś, a mianowicie Pa... aa... aa... Majki Jeżowskiej. Uważam, że to cudny utwór dla dzieci i wszystkim odwiedzającym mnie Mamom polecam :).






Bohaterami dzisiejszego posta zostały woski, których nazwy skojarzyły mi się z zagrzebaniem się w świeżej pościeli po gorącej kąpieli, z kubkiem gorącego mleka na dobry sen:
- Soft Blanket - Miękki koc
- Baby Powder - Puder dla niemowląt
- Fluffy Towels - Puszysty ręcznik


Yankee Candle - Soft Blanket
Pierwsze nuty, które poczułam kiedy ten wosk zaczął się topić, niebezpiecznie ocierały się o zapach miodu, którego bardzo nie lubię. Czekałam jednak i miód się nie rozwinął - wręcz przeciwnie, jego subtelny aromat okazał się nawet przyjemny w połączeniu z pojawiającą się w pobliżu nutą wanilii i bardzo delikatnym napomknięciem o cytrusach, które na szczęście nie dominują a scalają i balansują tą kompozycję. Zapach jest delikatny, nienachalny - choć skutecznie wypełnia pomieszczenie, jest ciepły i relaksujący - producent trafił z nazwą w dziesiątkę - Miękki kocyk otuli nas aromatem w jesienne wieczory :). Bardzo polubiłam ten zapach i z pewnością będę do niego wracać.


Yankee Candle - Baby Powder
Na zimno w tym wosku wyczuwałam głównie konwalię, natomiast kompozycja w pełnej krasie ujawniła się dopiero po odpaleniu kominka i faktycznie - puder dla dzieci jak babcię kocham! Spodziewałam się, że będzie to zapach raczej delikatny, ale wcale tak nie jest. Kompozycja może i jest subtelna, ale zapach po odpaleniu jest bardzo intensywny i nie polecam spalania wosku na raz w całości w małym pomieszczeniu, bo to grozi bólem głowy ;). Ogólnie Baby Powder spodobał mi się szalenie, ale muszę pamiętać, żeby następnym razem topić mniej niż 1/4 wosku na raz, bo w moim niewielkim pokoiku zapach nie ma możliwości się rozprzestrzenić i staje się zbyt silny.


Yankee Candle - Fluffy Towels
Delikatniejszy brat wosku Clean Cotton. Ma w sobie nieco mniej zapachu proszku do prania, a więcej świeżości, jest też mniej intensywny niż CC, a przez to bardziej przypada mi do gustu, choć lubię obydwa :). Zapach kojarzy się ewidentnie z czystością, gdyby zamknąć oczy to można sobie wyobrazić świeżo posprzątany dom, wypucowane podłogi, lśniące okna i suszące się na dworze białe ręczniki i prześcieradła - taki sielski obrazek :D. Jest to zapach świeży, bardzo przyjemny, nie narzucający się - będę go chyba szczególnie eksploatować wiosną :D.

Pisząc ten post na zegarze widzę 22.25, a mój pokój wypełnia zapach Fluffy Towels - podgrzewacz już się dopala w kominku, ale wiem, że zapach świeżo wypranych ręczników będzie ze mną gdy się obudzę, aby opublikować dla Was tego posta :). Sama sobie życząc dobrej nocy dziś (vel wczoraj :D), a Wam - miłego dnia (jutro vel dziś :D), zapraszam Was już za tydzień na kolejną odsłonę Pachnącego Piątku z Goodies.pl!


czwartek, 19 września 2013

Pharmaceris - H - Keratineum - Skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych

Zanim rozpoczęłam współpracę z Eris zostałam zapytana o charakterystykę mojej skóry, włosów, ewentualne problemy i potrzeby. Napisałam wówczas, że borykam się z problemem wypadania i przetłuszczania włosów. Wśród produktów Pharmaceris z wielkiej lipcowej paczki od Pań Erisek (pozdrawiam :)!), znalazł się produkt z linii H (obstawiam, że od Hair :D), dostosowany do moich potrzeb - zgodnie z tym co napisałam przy ustalaniu szczegółów współpracy, a mianowicie szampon H-Keratineum - Skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych. Stosuję go już 2 miesiące i przyszła pora na recenzję :).

Muszę powiedzieć, że bardzo podobają mi się opakowania dermokosmetyków Pharmaceris - są proste i konkretne, może dla niektórych nieco surowe, ale mnie taka estetyka bardzo odpowiada, zwłaszcza w kosmetykach aptecznych.
Szampon ma kolor brązowy - obstawiam, że zawdzięcza to nie tylko dodatkowi barwników, ale także wyciągowi z liści herbaty i winorośli - dlatego też, jak zaznacza producent, nie jest zalecany do włosów silnie tlenionych.
Produkt ma przyjemny zapach, który utrzymuję się na włosach, bardzo dobrze się pieni, ma konsystencję żelopodobną. Jest szalenie wydajny - po 2 miesiącach używania jestem mniej więcej w połowie (myję włosy co 2-3 dni). Oczyszcza włosy dokładnie już po jednokrotnym myciu i na całe szczęście - nie plącze ich (i tak używam odżywki, ale sprawdziłam czy poradzę sobie z rozczesaniem włosów po tym szamponie bez niej i dało radę). Nie dostrzegłam wysuszenia włosów, ani innych negatywnych skutków stosowania tego produktu.
Zauważyłam, że szampon zredukował przetłuszczanie się moich włosów, a jeśli chodzi o wypadanie - nie zwiększyło się, być może nawet odrobinę zmniejszyło, ale do niedawna używałam jeszcze wcierki z Jantara, więc ciężko orzec, czy to efekt działania szamponu czy "pozostałości" efektu po Jantarze... Na pewno nie uzyskałam redukcji wypadania "nawet o 70%" jak napisano na opakowaniu - buu :(.
Składowo szampon nie powala - mnie to nie przeszkadza, bo i tak używam szamponów drogeryjnych, ale dla "włosomaniaczek" dużym minusem może być obecność w składzie chociażby SLS ;).
Minusem tego szamponu jest dla mnie cena, choć przyznaję, że jest piekielnie wydajny. Szampon aktualnie w sklepie Eris jest w promocji i butelka o pojemności 250ml kosztuje 21,52zł, a w cenie regularnej - 26,90zł. Wiem, że jest dostępny w SuperPharm, również za około 25zł, a można go dostać w promocji/z kuponem za około 15zł.
PLUSY:
- bardzo przyjemny zapach, który utrzymuje się na włosach
- delikatny dla włosów, nie przesusza ich, nie zauważyłam, żeby wypłukiwał kolor z moich farbowanych włosów
- nie plącze włosów
- skutecznie oczyszcza
- dobrze i obficie się pieni i łatwo spłukuje
- wydajny - niewielka ilość daje sporo piany
- żelowa konsystencja
- szata graficzna i design butelki - prosty i estetyczny

MINUSY:
- cena - regularna - około 25zł (ale można go dostać w promocji/z kuponem za ok. 15zł w SuperPharm)

OCENA OGÓLNA:




Wypadanie moich włosów już trochę opanowałam (chociaż jeszcze nie tak jak ja bym tego sobie życzyła) i obstawiam, że jest to efekt zmasowanego ataku przeróżnymi środkami działającymi w tym celu. Nie potrafiłabym przypisać redukcji wypadania tylko jednemu z kosmetyków, których dotychczas używałam. Ten szampon pewnie też miał jakiś swój udział w redukcji wypadania, ale polubiłam go głównie za świetną wydajność, intensywną pianę, bardzo dobre oczyszczanie włosów i nie plątanie ich.

Jeżeli uda mi się ten kosmetyk znaleźć w korzystnej cenie promocyjnej lub dostanę kupon z klubu Lifestyle (SuperPharm), to z pewnością jeszcze się w ten szampon zaopatrzę za jakiś czas (nie lubię stosować non stop tego samego szamponu, bo wydaje mi się, że włosy się "pryzwyczajają"), ale regularnej ceny raczej za niego nie zapłacę, choć wiem, że apteczne szampony na wypadanie włosów bywają znacznie droższe. Mimo wszystko jakoś wydaje mi się, że prędzej na wypadanie podziała wcierka, którą pozostawiam na głowie dłużej niż szampon i ma szansę trochę na skalp podziałać - teraz planuję zakup Loxonu, a później chyba powrót do Jantara...
A może Wy macie jakieś produkty na wypadanie godne polecenia? Tylko błagam - żadne ziołowe herbatki czy picie drożdży - blee :D. Już chyba wolę zainwestować w perukę niż pić zielska :D.


środa, 18 września 2013

Sense and Body - Girls Best Friend - dobre pędzle "po taniości"


Ostatnio mam ewidentnie pędzlową fazę :D. Zamówienie z iHerb mi nie wystarczyło, zwłaszcza kiedy zostałam zapoznana z pędzlami Sense&Body z Hebe ;). Pierwotną kusicielką, która przyczyniła się do zakupu tych pędzli była Margaaretkaa, natomiast za moją sprawą nabyła je już Panna Joanna :D. Kółeczko się kręci i samo napędza ;).
A co w nich takiego fajnego? Dokładnie to samo co w tanim winie - bo dlaczego tanie wino jest dobre? Bo jest dobre i tanie ;). No i te pędzelki też są dobre i tanie :).

Pędzle Sense&Body zakupiłam w drogerii Hebe. Do wyboru mamy pięć rodzajów pędzli, ja skusiłam się na trzy :
- pędzel do pudru - ten największy
- pędzel do zadań specjalnych - czyli po prostu skunks ;)
- pędzelek do kresek.
Bardzo podoba mi się ich wygląd - biały trzonek, srebrna obsadka i cyrkonia w trzonku :D - jestem sroką ;). Wykonanie bez zarzutu - może poza wklejeniem cyrkonii, która w niektórych egzemplarzach jest trochę krzywa, ale to akurat nie wpływa na właściwości użytkowe. Włoski - póki co, nie wypadają :).
Pokrótce opiszę Wam każdy z tych pędzli :).

Pędzel do pudru
Cena - około 15zł
Długość całkowita - ok. 21cm
Długość białego trzonka  - ok. 9,5cm
Długość srebrnej obsadki - ok. 5,5cm
Długość włosia - ok. 5,5cm
Średnica obsadki - ok. 2,5cm
Szerokość w najszerszym miejscu - ok. 5cm
Pędzel jest wykonany z syntetycznego włosia, które jest bajecznie miękkie - moim zdaniem jakościowo porównywalne do EcoTools. Bardzo przyjemnie mizia się nim po buzi ;). Nadaje się bardzo dobrze do aplikacji pudrów, zarówno w kamieniu jak i sypkich - ja używam go właśnie w takim celu :).

Pędzel do zadań specjalnych - skunks
Cena - ok. 10zł
Długość całkowita - ok. 20,5cm
Długość białego trzonka  - ok. 10,5cm
Długość srebrnej obsadki - ok. 6cm
Długość włosia - ok. 4cm
Średnica obsadki - ok. 2cm
Szerokość w najszerszym miejscu - ok. 4cm
Pędzel jest wykonany z syntetycznego włosia w dwóch kolorach - brązowym - włoski krótsze, oraz białym - włoski dłuższe, co daje nam efekt standardowego skunksa. Ten skunksik jest dość długi, a włoski są giętkie i niezbyt mocno zbite. Używam go do konturowania twarzy bronzerem - pozwala płynnie przechodzić do kolejnej warstwy produktu bez tworzenia plam, dzięki czemu świetnie nadaje się nawet do mocno napigmentowanych bronzerów.


Pędzelek do kresek
Cena - ok. 5zł
Długość całkowita - ok. 16,5cm
Długość białego trzonka  - ok. 11cm
Długość srebrnej obsadki - ok. 4,5cm
Długość włosia - ok. 6mm
Średnica obsadki - ok. 8mm
Pędzelek jest wykonany z syntetycznego włosia, które jest ścięte na prosto - nie na skos, jak to często bywa przy pędzelkach do kresek. Dla mnie jest to spora zaleta, ponieważ używam tego pędzla do malowania brwi i taki kształt jest dla mnie idealny do tego celu.
Bardzo się cieszę, że Gosia skusiła mnie na te pędzelki - teraz nie mogę się bez nich obyć :D. Miałyście z nimi do czynienia? Z tego co wiem, oprócz Hebe, można je dostać stacjonarnie w Tesco :). Jeśli o mnie chodzi, to bardzo polecam - fajna jakość za niską cenę :).


wtorek, 17 września 2013

DeBa Bio Vital - Hand and Nail Cream - Odżywczy krem do pielęgnacji rąk i paznokci - Ożeż Ty! Orzeszku!

DeBa Hand&Nail Cream znalazł się w sierpniowym ShinyBox, które moim zdaniem było ogólnie pudełkiem dość udanym (pomijając to o czym napiszę na koniec tego posta ;)). Kartonik tego produktu zwrócił moją uwagę od razu, bo przyciągał wzrok miłym dla oka designem opakowania, a i tubka prezentowała się bardzo ładnie. No i przede wszystkie te orzeszki - dla miłośniczki jedzeniowych zapachów - strzał w dziesiątkę! A czy sam krem też ustrzelił bull's eye?

Jak już wspomniałam, krem DeBa zauroczył mnie swoim opakowaniem, które obiecuje mocno orzechową zawartość. Sama tubka mieszcząca 75ml produktu - jest również bardzo sympatycznie zaprojektowana, plastikowa - choć wygląda jak metalowa, miękka - nie robi problemów z wydobyciem kremu z wnętrza.
Ujście tubki jest zabezpieczone folią, z której zdarciem miałam mały problem - była strasznie mocno przyklejona - ale dałam jakoś radę, a mój trud został wynagrodzony jednym z najładniejszych zapachów z jakimi się spotkałam w kosmetykach! Producent z zapachem trafił w mój gust wprost idealnie - czuję lody o smaku orzechowych ciasteczek, z kruszonymi orzechami i sosem nougatowym! Mniam! Zapach jest tak cudny, że mogłabym wąchać go non stop.
Krem ma przyjemną, delikatną konsystencję, nie jest gęsty i dobrze rozprowadza się na dłoniach, ale niestety... dość długo się wchłania, a zanim to nastąpi mamy na dłoniach tłustą warstewkę, która skutecznie uniemożliwia wszelakie czynności z użyciem rąk na około 5-10 minut ;). Dla mnie jest to niestety spory minus, bo lubię kremy do rąk, które wchłaniają się błyskawicznie, dlatego kremu DeBa używam głównie na noc lub pod rękawiczki.
Kiedy produkt już się wchłonie, pozostawia przyjemne uczucie nawilżenia - nie muszę powtarzać procesu nakładania kremu co chwilę, bo rzeczywiście dłonie pozostają nawilżone przez całkiem przyzwoity okres czasu.
Największym (obok zapachu ♥) plusem tego produktu jest jego cena i - jak się okazuje - dostępność :). Krem DeBa - zarówno wersja orzechowa jak i nagietkowa (w ShinyBoxach pojawiały się zamiennie) są podobno dostępne w... Biedronkach :D. Na dodatek za bajońską cenę 4,99zł :D.
Uważam, że warto ten produkt wypróbować - ja sama chyba go zakupię jak się skończy moja tubka, nawet pomimo faktu, że przeszkadza mi czas wchłaniania kremu - ten zapach jest tego wart :D.


PLUSY:
- przepiękny zapach orzechowych lodów ♥
- bardzo przyjemna, "jogurtowa" konsystencja
- ładne opakowanie i tubka
- miękka tuba - krem łatwo wydobyć z jej wnętrza
- dobrze się rozsmarowuje
- daje uczucie nawilżenia, które utrzymuje się całkiem długo
- skład pozbawiony parabenów, silikonów, olejów mineralnych (dobry dla unikających parafiny)
- dostępność - Biedronka :) (podobno - czytałam u kilku dziewczyn, że właśnie w Biedronkach je widziały i kupowały - sama jeszcze nie sprawdziłam :))
- cena - 4,99zł (w Biedronce, regularna - podobno 12zł)

MINUSY:
- dość długo się wchłania, a zanim to nastąpi dłonie są tłuste

OCENA OGÓLNA:
4/6



Cieszę się, że krem DeBa znalazł się w ShinyBox, bo poznałam bardzo fajny nowy produkt, na który pewnie nie zwróciłabym uwagi w Biedronce ;). Zainteresowałam się też innymi produktami tej firmy i zamierzam ich poszukać w drogeriach. Dziwi mnie jednak trochę polityka ShinyBox pod względem doboru kosmetyków - bo choć ten krem jest naprawdę bardzo sympatyczny, to ShinyBox obiecuje nam na swojej stronie "kosmetyki renomowanych, światowych marek", a dostajemy krem za 5zł... Mam trochę mieszane uczucia wobec tego faktu, bo z jednej strony produkt dobry, ale z drugiej - za grosze... Ja dostaję pudełka w ramach współpracy, ale na miejscu dziewczyn, które za nie płacą 49zł miesięcznie byłabym zawiedziona, że do pudełka wciska się produkt za 5zł...