piątek, 7 stycznia 2011

Kallos KJMN lakier do włosów

Rozpoczęłam temat pielęgnacji włosów i firmy Kallos i dzisiaj zamierzam go kontynuować. Częściowo powodem tego była prośba kochanej, cudownej, niezastąpionej Speare, o to, żebym czasem pisała o czymś innym a nie tylko o Lushu ;). Zatem voila!

Tym razem chciałabym Was zapoznać z lakierem do włosów z którym się już od jakiegoś czasu nie rozstaję, czyli lakierem firmy Kallos z serii KJMN. Polecam ten lakier przede wszystkim posiadaczkom dłuższych kłaczków :), ponieważ pozwala on uniknąć zlepienia włosów, są one sprężyste i miękkie, ale dobrze utrwalone, bez efektu hełmu i usztywnienia. Lakier ten jest przeznaczony zwłaszcza do ochrony naszej fryzury przed wilgocią oraz promieniami UV. Idealnie się sprawdza jeśli chcemy unieść włosy u nasady, nadać im objętości, a nie czuć się jak w natapirowanej peruce rodem z baroku. W stosunku do swojej pojemności kosztuje wręcz grosze - na allegro ok. 15zł za - UWAGA - 750ml - czyli duże opakowanie "fryzjerskie". Wystarcza na dobrych kilka miesięcy. Łatwo da się go wyczesać, przy czym nie pozostawia naszych włosów "poszarzałych", jak to się często zdarza po lakierze. Ja na dodatek lubię bardzo też jego charakterystyczny zapach - miło się go używa, bo nie "daje" alkoholem po nozdrzach tak jak potrafią niektóre inne lakiery (co często dzień po imprezowaniu jest niewskazane, bo wywołuje u mnie pewien niezbyt przyjemny odruch :D).

Jeśli chodzi o skład - muszę się przyznać, ekspertką od składów lakierów to ja nie jestem, ale postaram się, głównie na bazie specjalistycznych stron zajmujących się składnikami tego typu kosmetyków, troszkę przybliżyć, co takiego ma w środku. Sama się czegoś nauczę :D.

Zatem na pierwszym miejscu - alkohol, czyli rozpuszczalnik w którym zawieszone są inne substancje obecne w kosmetyku. Można by zapytać - dlaczego nie woda? Już wyjaśniam! Alkohol po prostu bardzo szybko odparowuje - nie pozostaje na włosach, zostawia tam tylko rozpuszczone w nim składniki. Gdyby zamiast alkoholu była woda, trzebaby sporo odczekać zanim odparowałaby z włosów. No i przy okazji nie wszystkie substancje - np. niektóre związki organiczne, są rozpuszczalne w wodzie.

Drugie i trzecie miejsce zajmują propan i butan - gazowe węglowodory, czyli tzw. gazy pędne - dzięki ich obecności w formie sprężonej, lakier wydostaje się z butli lakieru do włosów w formie aerozolu. Nieco dalej w składzie znajduje się też trzeci składnik mieszanki pędnej - izobutan.

Nazwy czwartego składnika na liście nie będę próbowała przetłumaczyć, bo nie mam pewności czy zrobię to poprawnie, no i nie sądzę, żeby komuś było to bardzo do szczęścia potrzebne ;). Po prostu - Acrylates/t-Butylacrylamide Copolymer - czyli rodzaj kopolimerów związków organicznych, które to są głównymi składnikami odpowiedzialnymi za utrzymywanie naszej fryzury w ryzach i utrwalanie jej.

Kolejne składniki o obcych nazwach - Aminomethyl Propanol - substancja buforująca, stabilizator pH, uznany za substancję bezpieczną w kosmetykach. PEG-PPG-18/18 Dimethicone - silikon, substancja emulsyfikująca, czyli umożliwiająca tworzenie emulsji i zapewniająca, że kosmetyk pozostanie w niezmienionej formie, nie objęta restrykcjami jeśli chodzi o zastosowanie w kosmetykach w UE, czyli uznana za nieszkodliwą, ale nie powinna być stosowana na uszkodzoną skórę. PPG- 3 Mirystyl Ether - emolient, składnik natłuszczający, utrzymuje właściwe nawilżenie włosa, substancja zaklasyfikowana jako nieszkodliwa.

Nareszcie pojawia się trochę bardziej znajomo brzmiący składnik - pantenol - pochodna witaminy B5, składnik antystatyczny i nawilżający, kondycjonujący włosy, nieweluje zgubne działanie promieni UV.

Kolejne dwa składniki - może brzmią obco, ale tak naprawdę znamy je dobrze - octan tokoferylu, bo o nim mowa, to pochodna witaminy E - antyoksydanta i substancji kondycjonującej skórę i włosy oraz neutralizującej działanie UV na naszą skórę, natomiast palmitynian retinylu - to stabilna pochodna witaminy A, która również ma działanie odżywcze, ale - uwaga, substancja ta podczas rozpadu (pod wpływem UV) powoduje wydzielanie się wolnych rodników, jednak jako że występuje tu razem z bardzo dobrym antyoksydantem - nie mamy się o co martwić. No i naszym włosom wolne rodniki raczej nie zaszkodzą, bo włosy są zbudowane ze skeratynizowanych - czyli zarazem martwych, komórek ;).

Przedostatni na liście jest olej ze słonecznika, który to właśnie dostarcza wyżej wymienionych witamin, natomiast na ostatniej pozycji znajduje się benzofenon-3 - substancja chroniąca przed promieniami UVB i częściowo przed UVA. Jego skuteczność oraz nieszkodliwość jest aktualnie poddawana w wątpliwość, jeśli chodzi o działanie na skórę, ale myślę, że na włosach krzywdy nam nie zrobi ;).

Skład: Alcohol, Butane, Propane, Acrylates/t-Butylacrylamide Copolymer, Aminomethyl Propanol, Parfum, PEG-PPG-18/18 Dimethicone, PPG- 3 Myristyl Ether, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Helianthus Annus (Sunflower Seed Oil), Benzophenone-3


Lakier ze względu na działanie mogę szczerze polecić zwłaszcza długowłosym. Składowo nie różni się zbytnio od innych tego typu kosmetyków na rynku, a naprawdę fajnie działa i ja na pewno wybiorę go chętniej niż zwykłe lakiery drogeryjne, również ze względu na cenę i pojemność.


czwartek, 6 stycznia 2011

Kallos Blossy i Glossy - olejki do włosów

Od razu na wstępie piszę, że jest to post "nie o Lushu" dedykowany kochanej, prześlicznej Hypnotic Poison :*. I przy okazji kolejna recenzja cudeńka do włosów, które bardzo lubię. Chodzi mianowicie o olejki do włosów węgierskiej firmy Kallos - konkretniej o olejek Blossy - do włosów blond, oraz regenerujący i nabłyszczający olejek Glossy. W sprzedaży dostępne są też olejek Flossy - nabłyszczający i chroniący przed UV (wg producenta) oraz Silky - regenerujący suche i zniszczone końcówki.


Olejki te nabyłam pierwszy raz dawno, dawno temu u mojej fryzjerki, później już ich niestety nie miała i sama nad tym ubolewała, a ja razem z nią. Ostatnio wpadły mi w łapki zupełnie przypadkiem - przy zamawianiu przez allegro słynnej maski Kallos Crema al Latte - przejrzałam ofertę sprzedającego i moim oczom ukazały się te olejki. Byłam zachwycona i wzięłam od razu obydwa (kosztowały 11,90zł) - mają długą datę ważności, więc na pewno zdążę zużyć (pojemność to 80ml, wystarcza mi spokojnie na kilka miesięcy przy myciu co dwa-trzy dni).

Blossy jest olejkiem do włosów blond, ma kolor jasnofioletowy (ten kolor w produktach do włosów ma za zadanie eliminować żółte tony), transparentny, natomiast Blossy jest bezbarwny. Olejki są lekkie, oczywiście śliskie - oleiste, ale nie obciążają włosów. Dzięki nim włosy dają się łatwiej rozczesać. Ja stosuję je po umyciu włosów, kiedy są one jeszcze wilgotne - jedynie odsączone ręcznikiem, wiem, że są jednak osoby, które stosują je na suche włosy, ale nie wiem czy to dobry pomysł, bo nie próbowałam... Wydaje mi się, że wtedy włosy zrobiłyby się zatłuszczone... Nie polecam też stosować ich u nasady włosów - to jednak olejki i włosy mogłyby zrobić się szybko tłuste. Są to z resztą z założenia olejki przede wszystkim do końcówek oraz suchych i puszących się włosów. Na moje długie (tak do połowy pleców) włosy używam jakieś 5 naciśnięć pompeczki - taką porcję olejku rozprowadzam troszkę na dłoniach i ugniatam włosy. Większa porcja mogłaby obciążać i tłuścić włosy, a tego przecież nie chcemy - trzeba zachować umiar i nie wylewać sobie na głowę od razu pół butelki - to podziała nam tylko na szkodę :). Dzięki olejkom włosy mniej się mierzwią, nie elektryzują, są takie śliskie, miłe w dotyku, ładnie się błyszczą i wyglądają superzdrowo. Ponadto olejki mają bardzo przyjemny zapach, co też umila ich używanie oraz chronią włosy przed nadmiernymi zniszczeniami powodowanymi przez stosowanie wysokiej temperatury do układania i modelowania włosów - prostowanie, suszenie itp.

Przejdę teraz do składu, jednak muszę zaznaczyć, że znalazłam go tylko przy opisie Glossy gdzieś w internecie, ale podejrzewam, że jest to skład ogólny dla wszystkich olejków Kallosa, ponieważ wymienione są w nim barwniki, które występują we wszystkich olejkach oprócz Glossy, który jest przezroczysty.

Na pierwszym miejscu w składzie znajdziemy wodę, na drugim - cyklopentasiloksan - silikon, rodzaj emolientu, który tworzy na powierzchni włosów warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje włosy - zmiękcza je i wygładza.

Przy okazji słówko o silikonach, bo wiem, że wiele osób jest ich przeciwnikami, ponieważ silikony oblepiają włosy i sprawiają, że wyglądają one zdrowo, są błyszczące i łatwiej się rozczesują, ale jednocześnie nie wykazują, żadnego pozytywnego działania na włos, a jedynie tworzą na nim warstwę, a usunięte mogą zostać jedynie silnymi detergentami. Ja osobiście nie będę walczyć z nimi, bo są w praktycznie każdym produkcie drogeryjnym do włosów. Uważam, że nie można dać się zwariować. Moje włosy wyglądają od wielu lat ładnie i zdrowo (wiadomo - raz lepiej raz gorzej), a przez całe życie używałam zwykłych szamponów i nie zamierzam teraz zacząć wydziwiać. Podobno ich obecność zmniejsza przepuszczalność dla składników odżywiających, jednak niech ktoś mi w takim razie powie, jak to da się odżywić MARTWE komórki włosów? Prawda jest taka, że nasze "odżywianie włosów" to właśnie nadawanie im ładnego wyglądu przez działanie zewnętrzne na włos i jego łuski. A silikony tworząc taką osłonkę wspierają niejako przytrzymywanie łusek włosowych w pozycji zamkniętej - włos się błyszczy i ładnie wygląda. Aby odżywić włosy od wewnątrz proponuję zdrowe odżywianie, suplementacje kwasów tłuszczowych, do tego skrzyp i ewentualnie odżywki stosowane na skórę głowy. Jeżeli ktoś nadal chce unikać silikonów - mnie to oczywiście nie przeszkadza, bo każdy robi to co lubi ;), ale sama nie zamierzam rezygnować z lubianych przeze mnie produktów tylko dlatego, że zawierają silikony :).

Kolejna na liście jest izoparafina C 11-12, czyli mieszanina olejów mineralnych, stosowana jako rozpuszczalnik - baza naszego kosmetyku. Nie lubię obecności tego rodzaju składników w kosmetykach, które nakładam na skórę, ale na włosy mi nie przeszkadza - jakby nie było - włosy są martwe i nic przez nie nie "przejdzie" do naszego organizmu.

Kolejnym składnikiem jest parafina płynna - kolejny emolient tzw. tłusty. Ogólnie rzecz biorąc jest to substancja komedogenna, czyli sprzyjająca powstawaniu zaskórników - ale to nam nie grozi w kosmetyku do włosów. Działa podobnie jak cyklopentasiloksan - tworzy warstwę okluzyjną (film), chroni przed szkodliwymi czynnikami środowiskowymi. Ponadto nadaje połysk i zapobiega elektryzowaniu się włosów.

Następny składnik to polyquaternium-6 - brzmi bardzo obco i chemicznie - jest to substancja o wysokim potencjale antystatycznym, czyli zapobiegająca elektryzowaniu się włosów, ułatwiająca suszenie oraz nawilżająca. Ponadto jest uznana za całkowicie bezpieczną.

Olejki Kallos zawierają całe bogactwo naturalnych składników. Kolejne w składzie pojawiają się bowiem liczne wyciągi roślinne - wyciąg z morszczynu pęcherzykowatego zawierający liczne mikroelementy, oraz zawierający substancje śluzowe o działaniu wygładzającym, wyciąg z brzozy białej zawierający betulinę i kwas betulinowy, które mają działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, wyciąg z nagietka lekarskiego - zawiera wygładzające śluzy oraz kwasy organiczne wspomagające zamykanie łusek włosowych, wyciąg z rumianku pospolitego - rozjaśniający włosy, wyciąg z prawoślazu lekarskiego - substancje śluzowe - tak jak w nagietku i morszczynie, wyciąg z oczaru wirginijskiego - zawiera garbniki - zamykające łuski włosa, wyciąg z bluszczu pospolitego - zawiera saponiny, które zmniejszają napięcie powierzchniowe i zmiękczają włosy,  wyciąg z pokrzywy zwyczajnej - zapobiega przetłuszczaniu włosów, ponadto zawiera kwas mrówkowy, wspomagający zamykanie łusek włosowych, wyciąg z szałwii lekarskiej - działa wygładzająco na włosy z tendencją do puszenia.

Następnym składnikiem na liście jest kwas cytrynowy, który wspomaga zamykanie łusek włosowych, aby włosy były gładkie.

Kolejny składnik, który niestety musiał się znaleźć w kosmetyku, jako że ma on długi termin ważności, to imidazolidynylomocznik, konserwant o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwgrzybiczym. Ma on potencjał drażniący dla skóry (u osób nadwrażliwych), jednak kosmetyk jest przeznaczony do włosów więc raczej nam nie grozi :).

Następne na liście znalazły się wspomnianie przeze mnie  barwniki - żółty, zielony, fioletowy.


Przedostatnim składnikiem jest mieszanka zapachowa pod nazwą Perfume - wspominałam już, że olejki ładnie pachną? Chyba tak :D. No i na koniec nieszczęście moje - metylparaben - konserwant, nad którym już lałam łzy nie raz, ale niemal nie sposób się ustrzec. No i pocieszam się, że to w końcu tylko produkt do włosów ;).

Sklad: aqua, cyclopentasiloxane, C11-12 isoparaffin, paraffinum liquidum, polyquaternium-6, fucus vesiculosus, betula alba, calendula officinalis, matricaria recutita, althaea officinalis, hamamelis virginiana, hedera helix, urtica dioica, salvia officinalis, citric acid, imidazolidinyl urea, CI 19140, CI 61565, CI 60725, parfum, methylparaben.


Ogólnie rzecz biorąc, olejkom z Kallosa mówię tak i serdecznie wszystkich POLECAM! Nie jest to duży wydatek a naprawdę warto spróbować :).

środa, 5 stycznia 2011

Lush Gingerbread House Bubble Bar

Chwilkę mnie nie było, ale wracam pokornie i zabieram się za nowego posta. Tym razem na tapecie bąbelkująca kostka do kąpieli, czy jakkolwiek chcecie to przetłumaczyć - bubble bar z kolekcji świątecznej - Gingerbread House. W tej chwili już niedostępny na stronie, ale pewnie jeszcze wróci w przyszłym roku na święta.

Ogólnie produkty umilające kąpiel z Lusha po części mi się spodobały, po części nie. Kule do kąpieli już całkowicie odrzuciłam, szał na Lusha też jakoś minął. Produkty, które naprawdę lubię pewnie będę dalej zamawiać (głównie cleansery do buzi), ale na umilacze już się raczej nie skuszę.

Sam Gingerbread House wygląda przeuroczo - i właściwie dlatego go zamówiłam :D. Śliczna pomarańczowa chatka z białym daszkiem, kominkiem z cynamonu i posypką do ciast - no cudności! Kiedy do mnie dotarł, troszkę rozczarowałam się zapachem... Liczyłam na coś piernikowego, a tu raczej zapach lukrowy - przynajmniej tak mi się kojarzy. Ogólnie ciężko go sprecyzować, ale takie miałam pierwsze skojarzenie. Mimo wszystko całkiem przyjemny, nie nachalny. Domek z Piernika barwi wodę na pomarańczowo, daje umiarkowaną ilość bąbelków, które trzymają się w wannie około 30 minut (oczywiście jak się z nimi nie walczy nadmiernie). Sam zapach w kąpieli nie jest zbyt intensywny, chociaż wyczuwalny... Jednak później nie czuć go na skórze i właściwie nawet w wannie powoli zanika. Z jednej chatki można spokojnie zrobić sobie 3-4 kąpiele.

Przejdę teraz tradycyjnie do składu, który jest bardzo podobny do składów innych bubble barów, początek identyczny jak w Christmas Eve - pojawia się tu soda oczyszczona oraz tartarus, laurylosiarczan sodu - SLS, laurylobetaina i cocamide DEA oraz Perfume - wszystkie te składniki opisane są w notce o Sugar Babe Scrub.

Następne pojawiają nam się wyciągi naturalne - olejek imbirowy - ma działanie przeciwzapalne i rozgrzewające. Silnie pobudza krążenie, przez co pozytywnie wpływa na likwidację cellulitu i nadmiernej ilości tkanki tłuszczowej - nie wiem czy na tyle jest go w tym kosmetyku, żeby tak działać. Myślę, że tutaj akurat jest użyty jedynie jako składnik zapachowy, olejek cytrynowy - moim zdaniem nieźle wyczuwalny, ożywia i wzmacnia koncentrację, olejek buchu/bukko/barosmy - spotkałam go pod kilkoma nazwami, działa wzmacniająco i regenerująco na błony śluzowe (ponadto stosowany jest w leczeniu schorzeń pęcherza moczowego, ale to tak w ramach ciekawostki :) ) oraz puder ze wspomnianego już imbiru.

Kolejnym składnikiem jest dwutlenek tytanu, dzięki któremu daszek Chatki z Piernika jest biały. Następnie pojawia się cinnamal występujący naturalnie w cynamonie i nadający mu charakterystyczny zapach - jak dla mnie troszkę za mało jednak wyczuwalny w Gingerbread House, co piszę ze smutkiem, bo taki zapach baaardzo by mi odpowiadał; oraz opisywany już przeze mnie limonen - naturalny składnik olejku cytrynowego, nadający cytrusowy zapach.

Następnie na liście mamy jeszcze pomarańczowy barwnik, wiórki cukrowe, które zdobią daszek chatki, oraz kawałeczek laski cynamonowej, stanowiącej komin :).

Skład: Sodium Bicarbonate, Cream of Tartar (Tartaric Acid), Sodium Laureth Sulfate, Lauryl Betaine, Cocamide DEA, Perfume, Ginger Oil (Zingiber officinale), Lemon Oil (Citrus limonum), Buchu Oil (Barosma betulina), Ginger Powder (Zingiber officinale), Titanium Dioxide, *Cinnamal, *Limonene, Colour 15510, Sugar Sprinkles, Cinnamon Stick (Cinnamomum cassia)

Nie mogę powiedzieć, że jestem jakoś bardzo zawiedziona, bo kupiłam Gingerbread House pod wpływem impulsu (reklama dźwignią handlu, a Ty się nabieraj nieszczęsny konsumencie...), ale raczej w przyszłym roku się nie skuszę jeśli wróci... Wolę wydać te pieniądze na jakiś kolejny ciekawy Lushowy cleanser :).




wtorek, 28 grudnia 2010

Alfaparf Milano Color Block Treatment

Miał być post o Benefit Porefessional, dostałam go dzisiaj pocztą po wylicytowaniu na allegro. Jakież było moje zdziwienie gdy okazał się być... podróbką. Napisałam do sprzedającego, nie mam jeszcze odpowiedzi, ale tak tego nie zostawię... Zamówiłam już drugi, tym razem na ebayu z UK, mam nadzieję, że w końcu dostanę oryginał... No ale cóż, zawiodłam się, pewnie nie po raz ostatni, na sprzedających na allegro.

Na szczęście dostałam też coś (od innego sprzedającego oczywiście), co jest jak najbardziej oryginalne i przede wszystkim warte opisania. A tym czymś jest kuracja do włosów farbowanych włoskiej firmy Alfaparf z serii Semi di Lino Diamante Color Protection. Jest to kuracja w małej czerwonej tubce - 20ml, której zadaniem jest blokowanie koloru we wnętrzu włosa. Poleciła mi ją moja fryzjerka, u niej z resztą też pierwszy raz kupiłam tubeczkę i zakochałam się w tym cudzie. Włosy są super miękkie, błyszczące, sprężyste, kolor nabiera blasku i głębi, włosy są nawilżone i zdrowe. Kurację stosuje się przy pierwszych myciach tuż po farbowaniu, aby zamknąć jak najwięcej koloru we włosach - ja używam po prostu jedną tubkę - wystarcza mi na dwa razy (mam włosy do połowy pleców). Nakładamy ją na umyte, wilgotne włosy i trzymamy na nich przez około 3-5minut (oczywiście można dłużej :) ), następnie spłukujemy. Nie używamy już po niej (ani przed nią) żadnych innych odżywek - po prostu spłukujemy i suszymy włosy. Kuracja ma bardzo charakterystyczny mentolowy zapach - włosy później pachną tak samo - i chociaż nie jestem fanką miętowych zapachów, to bardzo mi się to podobało, bo włosy  były wyraźnie odświeżone.

Niestety nie mam możliwości poznania składu kosmetyku, chociaż przeszukałam pół internetu... Jedyne co znalazłam to informacja na stronie producenta o następującej treści: Profesjonalna pielęgnacja, którą należy stosować po zabiegach koloryzacji. Przywraca normalny poziom pH, zatrzymuje proces utleniania i zamyka łuski = kwas mlekowy. Zamyka kolor kosmetyczny we włosie = ekstrakt oliwy z oliwek. Efekt świeżości relaksujący i rozluźniający skórę. Rezultat: zwiększona trwałość i większy połysk koloru kosmetycznego Sposób użycia: po umyciu włosów szamponem należy rozprowadzić produkt na sekcjach naskórka i wmasować. Przy użyciu grzebienia rozprowadzić produkt z nasady włosa aż po końcówki. Pozostawić na 3/5 minut. 


Kuracja jest dostępna na allegro - można kupić pojedyncze tubeczki. Także hurtownie fryzjerskie oferują ten produkt, ale zwykle w pakietach po 6 sztuk. Jedna tubka kosztuje około 10zł plus przesyłka.



Na stronie producenta można zapoznać się także z innymi kosmetykami z tej linii, ale ja nie miałam okazji ich stosować, ponieważ są to produkty dość drogie.

Producent oferuje również do obejrzenia filmik, który pomoże zapoznać się z linią Semi di Lino Diamante Color Protection.


Krótko mówiąc - polecam wszystkim farbowanym głowom, które chcą zapobiec wypłukiwaniu i blaknięciu farby - po prostu zatrzymać kolor swoich włosów na dłużej :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Lush Catastrophe Cosmetic

Tak jak zapowiadałam - recenzji produktów Lusha długo nie zabraknie po moim ostatnim zamówieniu :). Oto więc kolejna. Tym razem na tapetę wzięłam Catastrophe Cosmetic Fresh Face Mask.


Na początek kilka słów o świeżych maseczkach z Lusha ogólnie. Przejrzałam całą ich ofertę i zainteresowała mnie Catastrophe Cosmetic, Cupcake i Oatfix. Z tej ostatniej jednak zrezygnuję, bo niestety obawiam się zapachu podobnego do Porridge, który mi niezbyt odpowiada, czyli kwaśnawej woni mleka owsianego. Wszystkie trzy mają działać cuda na skórę tłustą, mieszaną i trądzikową - czyli taką jak moja (chociaż dzięki Lushowi, BU, minerałom i paru innym rzeczom, mogę powiedzieć, że teraz widać już fenomenalne efekty). Na początek postanowiłam zamówić jednak Catastrophe Cosmetic, bo słyszałam wiele dobrych opinii na jej temat - więc czemu by nie :). 


Maseczki typu Fresh Face Mask, zawierają tylko świeże składniki, nie mają konserwantów, toteż ich termin wazności jest krótki - około miesiąca od powstania. Wszystkie maseczki wymagają przechowywania w lodówce i nie powinny jej opuszczać na dłużej niż 72 godziny (nic się nie stanie, jak zapomnicie od razu po kąpieli schować do lodówki i postoi przez noc w łazience). Maseczki powinny być nakładane na czystą skórę, pomijając okolice oczu, i pozostawione na niej przez około 10 minut (moja zwykle siedzi dłużej :D), po czym zmyte wodą. Jedno pudełeczko zawiera 75 gram maseczki, co wg Lusha wystarcza na około 3-4 użycia - moim zdaniem na znacznie więcej - około 7-8 nałożeń takiej średniej grubości warstwy. Uważam, że nie ma sensu nakładać masek zbyt grubo bo i tak to co na wierzchu się nie wchłonie w skórę - po co marnować produkt. Moja osobista rada - przed nałożeniem maseczki warto zrobić peeling twarzy (ja używam Dark Angels), najlepiej używać jej podczas kąpieli, ale nie od razu, a po jakiejś chwili siedzenia w wannie z ciepłą wodą - kiedy zrobimy naszej skórze taką "parówkę", wtedy otworzą się pory i składniki aktywne lepiej przenikną w głębsze warstwy skóry.


Teraz trochę o samej Catastrophe Cosmetic. Nie będę nie wiadomo jak piać na jej temat, bo uważam, że spisała się podobnie do innych, często dużo tańszych maseczek. Jej głównym atutem jest dla mnie przede wszystkim skład, o którym oczywiście napiszę, ale jeśli chodzi o działanie - nie robi aż takich cudów, jakich możnaby się spodziewać. Być może jest to wina faktu, że podeszłam do niej bardzo entuzjastycznie i trochę się zawiodłam. Po prostu widziałam już taki efekt na swojej skórze - choćby po użyciu Aqua Mariny również z Lusha, jako maseczki, a jest ona zdecydowanie bardziej wydajna, no i możemy jej używać 3 razy dłużej. Nie mówię absolutnie, że Catastrophe Cosmetic jest zła. Po prostu jest przeciętną maseczką, za to o bardzo dobrym składzie. Jeśli chodzi o zapach - bo słyszałam bardzo dobre opinie o nim, mnie nie do końca się podoba, spodziewałam się zapachu jagód, a właściwie jest on taki sam jak zapach większości maseczek galmanowych, więc nie robi na mnie zupełnie wrażenia. Konsystencja jest całkiem przyjemna, dobrze i równomiernie się rozprowadza na skórze, zupełnie nie przeszkadzają fragmenty skórek jagód w kosmetyku :), jedynie odrobinę oddziela się woda, ale to normalne w kosmetyku bez dodatku konserwantów i stabilizatorów emulsji. Po przetrzymaniu na skórze troszkę wysycha i zastyga, ale łatwo ją zmyć. Skóra po użyciu jest gładka, nawilżona, pory są ładnie zamknięte, cera jest miękka i delikatna w dotyku. Maseczka jest raczej środkiem prewencyjnym niż doraźnym w walce z trądzikiem, więc nie spodziewałabym się, że pomoże w usunięciu wykwitów trądzikowych. Wydaje mi się, że może raczej służyć tonizowaniu skóry tłustej o trądzikowych skłonnościach. Moje ogólne wrażenie po tej maseczce jest pozytywne, ale raczej już więcej jej nie zamówię, bo wolę bardziej wydajną i dłużej przydatną do użycia Aqua Marinę :). 


Przejdę teraz do składu Kosmetycznej Katastrofy. Listę otwiera puder galmanowy, o którym miałam już okazję pisać przy okazji recenzji Fresh Farmacy. Jest to sproszkowany minerał, który słynie z właściwości łagodzących podrażnienia i zaczerwienienia.


Jako drugi pojawia się nam talk - mineralny środek osuszający, regulujący konsystencję, dodatek wypełniający.


Trzecim składnikiem jest wyciąg z mchu irlandzkiego. Mech irlandzki czyli chrząstnica kędzierzawa jest to gatunek glonu - konkretniej krasnorostu, znanego z dużej ilości karagenu, który zawiera karageninę, czyli specyficzny żelowaty śluz, który wpływa na konsystencję kosmetyku, czyniąc ją zwartą i nieco galaretowatą. Ponadto karagen jest naturalnym immunostymulatorem - wpływa pozytywnie na nasz układ odpornościowy.


Kolejnym składnikiem, któremu Catastrophe Cosmetic zawdzięcza swój bladofioletowy kolor, są świeże jagody czyli - po botanicznemu, borówki czarne. Jagody zawierają wiele pomocnych w pielęgnacji skóry składników - garbników - o działaniu ściągającym, kwasów owocowych - działających eksfoliacyjnie, witamin - przede wszystkim witaminy C o działaniu rozjaśniającym i antyoksydacyjnym (zapobiega powstawaniu wolnych rodników).


Następny składnik to gliceryna o właściwościach higroskopijnych, zdolna do wiązania wody i nawilżania naszej skóry.


Kolejny na liście znalazł się olej migdałowy, który ma właściwości zmiękczające i wygładzające. Ponadto wpływa na konsystencję produktu i jego łatwe rozprowadzanie.


Trzema kolejnymi składnikami są olejki eteryczne - absolut różany, olejek rumiankowy i olejek ze słodkiej pomarańczy. Absolut różany posiada właściwości antyseptyczne, przeciwzapalne oraz regenerujące, jest wskazany właściwie do każdego rodzaju skóry. Olejek rumiankowy (z rumianu rzymskiego - nie z rumianku pospolitego), ze względu na obecność bisabololu,chamazulenu oraz innych składników aktywnych ma właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, pomaga również w zwalczaniu zaczerwienień oraz objawów alergii. Olejek ze słodkiej pomarańczy jest szczególnie polecany do skóry tłustej i ma silne działanie antyseptyczne.


Ostatnie dwie pozycje na liście zajmuje znane nam perfume oraz czerwony barwnik.


Skład:
Calamine Powder, Talc, Irish Moss Infusion (Chondrus crispus), Fresh Blueberries (Vaccinium myrtillus), Glycerine, Almond Oil (Prunus dulcis), Rose Absolute (Rosa centifolia), Chamomile Oil (Anthemis nobilis), Sweet Orange Oil (Citrus dulcis), Perfume, Colour 18050.


Ogólnie rzecz biorąc mogę polecić tą maseczkę, bo skład ma naprawdę dobry, ale jeżeli macie wypróbowaną i lubianą maseczkę, to nie jest to mus. Chyba, że ktoś pragnie odmiany :). Jest to dobra maska ale nie oczekujcie spektakularnych efektów - taka na 5-tkę, ale nie na 6-tkę, a wiem, że Lusha na to stać :).