sobota, 14 stycznia 2012

Bielenda - Bawełna - Cera sucha i wrażliwa - Peeling enzymatyczny + maseczka kojąca

PLUSY:
- delikatny peeling enzymatyczny dobry dla wrażliwej skóry
- peeling bezzapachowy
- maseczka o przyjemnym zapachu - podobnym do kremu z tej serii tylko intensywniejszym - mnie przypomina zapach bitej śmietany :D
- dobrze nawilża
- ma działanie lekko wygładzające
- dwie saszetki - peeling - krok I, i maseczka - krok II
- cena - 4zł - można sobie od czasu do czasu taką małą przyjemność zafundować bez uszczerbku na portfelu
MINUSY:
- peeling dla mnie troszkę za słaby - moja skóra nie jest specjalnie wrażliwa i przydałby się mocniejszy, ale skoro przeznaczenie jako takie jest dla skóry wrażliwej, to nie jest to właściwie do końca minus (jedynie dla mnie ;) )
- maseczka długo się wchłania
OCENA OGÓLNA:
5/6
Sympatyczna maseczka, szczególnie dla osób ze skórą wrażliwą, którym intensywne peelingi robią krzywdę. Tutaj mamy delikatny enzymatyczny peeling i łagodną maseczkę - dobrany duet. Maseczki generalnie powinno się stosować po peelingu, zatem tutaj duży plus dla firmy Bielenda, że o tym pomyśleli. Peeling, tak jak pisałam, trochę za delikatny dla mnie, ale przystosowany rzeczywiście do wrażliwców :). Natomiast maseczka wolno się wchłania - po 20 minutach zebrałam jej nadmiar palcami, a resztę wklepałam w skórę. Mam przesuszoną skórę, która broni się przed tymże przesuszeniem nadmiernie się tłuszcząc - efekt - błyszczenie... Dzięki tej maseczce to błyszczenie zostało opanowane, nie musiałam się pudrować nadmiernie, stąd wnoszę, że rzeczywiście nawilża - czyli zadanie swoje spełnia. Ogólnie uważam, że to produkt zasługujący na mocną 5.

piątek, 13 stycznia 2012

Eco Tools - pędzle

PLUSY:
- super jakość - mam je mniej więcej od pół roku i nie widać na nich śladu używania, włoski nadal na swoim miejscu
- bardzo estetyczne wykonanie
- estetyczne opakowanie - mnie się bardzo podoba
- pędzle mają specjalne lniane pokrowce do przechowywania, które przy okazji bardzo estetycznie wyglądają - i tak naturalnie :)
- cena - kupiłam super tanio za pośrednictwem strony iHerb.com - wówczas było to 24,10$ czyli około 70zł
- 100% cruelty free
- aluminium pochodzące z recyklingu
- bambusowa rączka - bambusy to rośliny bardzo szybko rosnące - nie grozi im wymarcie
- taklonowe włosie - sztuczne - niealergizujące, tzw. "zielony" materiał - idealna syntetyczna alternatywa dla włosia naturalnego

 MINUSY:
- nie zauważyłam

OCENA OGÓLNA:
6/6
Jedyne pędzle, których aktualnie używam i z tego co widzę, to jeszcze mi posłużą. Moja pędzlowa potrzeba jest zaspokojona i właściwie w tej kwestii już mnie chyba ciężko będzie skusić na cokolwiek innego. Jestem niesamowicie zadowolona z zakupu dokonanego na iHerb.com - paczka przyszła w ciągu 2 tygodni od zamówienia. W porównaniu z cenami w jakich dostępne są pędzle EcoTools w Polsce (w SuperPharm) - zapłaciłam dosłownie grosze!

Jeżeli czujecie się skuszone ceną i samymi pędzlami - zapraszam do popełnienia własnych zakupów - przy pierwszym zamówieniu możecie otrzymać 5$ zniżki z kodem rabatowym QUR669:


Ja z mojej strony gorąco je polecam wszystkim moim klientkom, które maluję, a teraz także i Wam :). Obejrzyjcie moje skarby :D.


W skład Eco Tools, Bamboo 6 Piece Brush Set wchodzą:
- duży pędzel - używam go do Meteorytów Guerlaina
- jasny koci języczek - używam do korektora pod oczy SkinFood Salmon Dark Circle Concealer Cream
- ciemny koci języczek - używam do cieni do powiek w kremie
- ścięty skośnie - do eyelinera w żelu
- szczoteczka do brwi i grzebyk do rzęs - zgodnie z przeznaczeniem ;)






 W skład Eco Tools, Bamboo 5 Piece Brush Set wchodzą:
- pędzel baby kabuki - używam do bronzera i do modelowania twarzy
- duży pędzel (jest nieco spłaszczony) - do różu
- pędzel zaokrąglony - do blendowania
- koci języczek - do korektora




W skład Eco Tools, Bamboo 6 Piece Eye Brush Set wchodzi 5 pędzli o rosnącej grubości:
- najcieńszy - używam do aplikacji cienia do brwi, czasami do rozcierania kreski na powiece
- cienki - używam najczęściej do aplikacji cienia w załamaniu powieki
- średni - do blendowania
- większy średni - do nakładania cienia w kolorze bazowym
- najgrubszy - do nakładania pudru do  korektora pod oczy SkinFood Salmon Dark Circle Powder




wtorek, 10 stycznia 2012

Siulka studiuje - czyli co u mnie?


Kilkakrotnie w komentarzach pojawiały się prośby, żebym podzieliła się z Wami tym jak mi idzie na studiach, bo przecież o tym, że przygotowywałam się do poprawiania matury, a następnie dostałam na stomatologię informowałam Was na bieżąco :).

A zatem... dzisiaj trochę prywaty - opowiem Wam co u mnie słychać, jak mi idzie na uczelni - trochę się pochwalę i trochę Was pomęczę swoim biadoleniem, ale mam nadzieję, że bardzo nie zanudzę :D.

MIEJSCE
Studiuję kierunek lekarsko-dentystyczny na Wydziale Lekarskim z Oddziałem Lekarsko-Dentystycznym w Zabrzu-Rokitnicy Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Jestem niesamowicie zadowolona ze swojego wyboru - zarówno pod względem dydaktycznym jak i towarzyskim ;). A ponadto bardzo, ale to bardzo podoba mi się sama uczelnia - zajęcia mamy głównie na Rokitnicy, która jest otoczona lasami - dlatego też nierzadko można stanąć oko w oko z dzikiem :D. Uczelnianie budynki tworzą nasz zabrzański Hogwart - Zabwart :D. Campus jest zdecydowanie miejscem z duszą :). Budynki są aktualnie kolejno remontowane i odrestaurowywane i robi się coraz ładniej :).

LUDZIE
Jeżeli chcecie poznać inteligentnych ludzi, z którymi można pogadać, ale też poimprezować, a w odpowiednim momencie także się pouczyć - polecam ludzi z medycyny :). No i nasza dewiza - "Feel safe at night - sleep with a medical student ;)". Ludzie są naprawdę super, mam świetną i zgraną grupę, co bardzo sobie chwalę :). Mam nadzieję, że dotrwamy w komplecie do następnego semestru :).

NAUKA
Dużo. Naprawdę dużo. Zdecydowanie nie jest to kierunek dla ludzi, którzy nie lubią się uczyć, bo po prostu bardzo szybko się to weryfikuje. Nie raz zdarzyło mi się iść na zajęcia po godzinie snu, a ostatnio nawet po 15-minutowej drzemce od dnia poprzedniego :/. Chodzi się notorycznie zmęczonym (I semestr stomy w Zabrzu to hardcore - lekarski nic nie robi, mendy jedne, ale zobaczą w drugim semestrze sasasasasasasa!), ale jaka jest satysfakcja po zaliczeniu kolejnego kolosa, kolejnej zbiorczej czy odpytywania.

PRZEDMIOTY - I semestr
Napiszę Wam pokrótce czym nas katowali w pierwszym semestrze.
BIOFIZYKA - zupełnie niepotrzebny przedmiot, a niestety w Zabrzu cisną z niego najbardziej i najwięcej osób odpada :/. Egzamin spędza mi sen z powiek, mam nadzieję, że uda mi się go zdać w pierwszym terminie - trzymajcie bardzo mocno kciuki. Biofizyka - tzw. biosyf :D, to nauka o różnych procesach fizycznych na których oparta jest fizjologia - uwierzcie mi - koszmar... Na każdych zajęciach kolokwium z aktualnego tematu - trzeba pisać tak szybko, że kartka niemalże płonie pod długopisem... I choćby przepisać cały rozdział z książki, szansa na coś więcej niż 3 jest nikła ;).
BIOLOGIA MEDYCZNA - przyjemny przedmiot - drugi egzamin w sesji zimowej oprócz biofizyki jest właśnie z niej i tak się składa, że udało mi się uzbierać średnią kwalifikującą mnie do przedterminu - juhuu! Początkowe zajęcia obejmowały materiał badań genetycznych, natomiast znakomita większość kolejnych - pasożyty - wszelkie tasiemce, glisty i inne paskudztwa ;)
CHEMIA - niestety zawsze mieliśmy zajęcia przed biofizyką i każdy bardzo ją olewał, bo rył na biosyf, na czym cierpiały cotygodniowe kartkówki z chemii. Bardzo interesujące ćwiczenia, fajne reakcje - bardzo lubię chemię i żałuję, że nie mogłam jej poświęcić odpowiednio dużo czasu przez biofizykę.
PROTETYKA - jedyny właściwie przedmiot kierunkowy w I semestrze. To co widzicie na pierwszym zdjęciu to moje dzieło wykonane na protetyce - łuk zębowy :D. Generalnie w pierwszym semestrze obejmuje modelarstwo - najpierw rzeźbiliśmy zęby w mydle Biały Jeleń, a potem łuk zębowy w specjalnym wosku modelarskich na gipsowych formach.
ANATOMIA - u nas nadal odbywa się z udziałem preparatów ludzkich szczątków - prawdziwych, nie jakichś modeli. Prawdę mówiąc trochę się na początku bałam a jednocześnie byłam podekscytowana - aktualnie - ani jedno ani drugie ;). Preparaty traktuje się najzupełniej normalnie, bez żadnych ciśnień, nikt na zajęciach nie mdleje ani nic tym podobnego. Najpierw oglądamy preparaty i porównujemy je z tym co mamy w atlasach, a co kilka zajęć mamy szpilki - czyli rodzaj kolokwium polegającego na tym, że na stołach są rozłożone preparaty  i w nie - w ich struktury anatomiczne, wbite są ponumerowane szpilki, a naszym zadaniem jest napisać łacińską nazwę zaznaczonej struktury anatomicznej. Jeżeli zaliczymy min. 70% szpilek - możemy zdawać teorię - już po polsku ;).
PIERWSZA POMOC - ciekawe zajęcia - taki poszerzony kurs pierwszej pomocy - oprócz zajęć praktycznych, na których mogliśmy na przykład pobawić się defibrylatorem, są też teoretyczne - w przyszły wtorek mam zaliczenie!
ŁACINA - niezbędna przyszłemu lekarzowi, jest trudna, ale podoba mi się!
HISTOLOGIA - nauka o tkankach - na każdych zajęciach kolejna tkanka, a następnie po kolei układy narządów - na każdych zajęciach bardzo szczegółowe odpytywanie z zadanego materiału - jeden z cięższych przedmiotów. Jutro zaliczam jeden z najtrudniejszych tematów - tkankę łączną - proszę o kciuki :D.
ANGIELSKI - obejmuje terminologię medyczną, łatwizna ;)
WF - razem ze współlokatorką chodzimy na aerobik - fajnie, że można się poruszać :D

Mam nadzieję, że chociaż trochę zaspokoiłam Waszą ciekawość a propos moich studiów :). Jeżeli macie jakieś pytania - chętnie zrobię kiedyś posta z odpowiedziami na nie :D.

Pozdrawiam i wracam do nauki!
Siulka

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Onyx - Tanning Products - kosmetyki do opalania i solarium


 ONYX - KOSMETYKI DO OPALANIA I DO SOLARIUM



ROYAL SELF-TANNING TOWELETTE
Chusteczka samoopalająca

 PLUSY:
- higieniczne opakowanie - pojedyncza chusteczka do jednorazowego użytku
- nie robi plam, równomiernie się rozprowadza
- zapach jest przyjemny, nie czuć samoopalacza podczas aplikacji
- daje naturalny kolor opalenizny, żadnego pomarańczu ;)
- zawiera w składziekwas hialuronowy, olej jojoba, olej z pestek winogron, olejek z wiesiołka

MINUSY:
- po jakimś czasie od aplikacji czuć standardowo samoopalacz, ale jest to związane z chemicznymi procesami zachodzącymi na powierzchni skóry, które odpowiadają za jej barwienie

OCENA OGÓLNA:
5/6
Spełniają swoją rolę przyzwoicie. Dla mnie to raczej gadżet niż must-have, ale podobno teraz przy ciemnych włosach powinnam trochę zbrązowić karnację, więc może jeszcze się na nie skuszę. Ogólnie jestem zadowolona, że miałam okazję coś takiego wypróbować, bo - przyznam Wam, trochę się obawiałam tej formy kosmetyku w chusteczce... jakoś nie potrafiłam zaufać, a tu miła niespodzianka. Fajna i zdrowa opalenizna w naturalnym odcieniu. Jeżeli czegoś takiego szukacie, to warto spróbować :).

BRONZER No5 
Bronzer



 ORIGINAL BOOSTER
Przyspieszacz

ONYX MEGA BRONZER
Bronzer

PLUSY:
- o rany jak te kosmetyki przyspieszają opalanie O.O - nie spodziewałam się, że po jednej wizycie można wyjść tak opalonym (oczywiście opalenizna pojawiła się po kilkunastu godzinach)
- dzięki nim można pójść na solarium raz do roku i uzyskać ładny koloryt skóry zamiast biegać tam co tydzień, co jest bardzo szkodliwe dla skóry - zdrowsza i bardziej ekonomiczna opcja :)
- wszystkie trzy testowane produkty mają prześliczne zapachy, które umilają opalanie
- w skład kosmetyków wchodzą substancje odżywiające skórę i zmniejszające negatywne działanie UV

MINUSY:
- idąc do solarium na 10 minut z nieprzygotowaną skórą można się nieźle przyjarać - ja tego doznałam przy pierwszej wizycie ;)
- nie polecam stosować na twarz - zastanawiam się czy to wina solarium czy kosmetyku, ale strasznie mnie wysypało po pierwszej wizycie :/

OCENA OGÓLNA:
5+/6
O kurczę - no to naprawdę działa. Wszystkie trzy preparaty wprawiały mnie w osłupienie na widok opalenizny, którą fundowały. Zapewne się domyślacie dlaczego tak długo zajęło mi testowanie - po prostu gdybym poszła 3 razy z rzędu, używając tych przyspieszaczy, po trzecim razie wyszłabym nie przymierzając jak skwarek (albo Snookie ^^). Dlatego dawałam sobie trochę przerwy pomiędzy wizytami (za którymi z resztą nie przepadam). Ogólnie rzecz biorąc - te kosmetyki naprawdę działają i szczerze je mogę polecić osobom korzystającym z solarium - zrobicie dobrze swojej skórze i zaoszczędzicie na częstych wizytach.

Nie będę tutaj na pewno namawiać tych z Was, które do solarium nie chodzą, aby to zrobiły. Chciałabym raczej, by osoby, które nadmiernie z solarium korzystają, zastanowiły się nad stanem swojej skóry i może spróbowały ją wesprzeć takimi kosmetykami, które wspierają skórę w walce z negatywnymi skutkami działania UV jak i przy okazji przyspieszając opalanie sprawiają, że szybciej osiągamy wymarzony efekt i możemy ograniczyć wizyty w solarium naprawdę do minimum.
Solarium w mojej opinii to nadal zło i na pewno w tanoreksję nie wpadnę, ale myślę, że od czasu do czasu można sobie na nie pozwolić - oczywiście z umiarem. Ja jeżeli kiedyś zapragnę znowu się trochę wygrzać i zapewnić skórze zastrzyk witaminy D, z pewnością zaopatrzę się w kosmetyk z firmy Onyx :).

Dziękuję firmie Onyx http://www.onyxusa.pl za udostępnienie kosmetyków do testów. Nie miało to wpływu na moją opinię.

niedziela, 8 stycznia 2012

Lush - Godiva - szampon w kostce

PLUSY:
- forma kostki - bardzo wygodna, łatwa w stosowaniu jak mydło, idealna do zabrania w podróż - można wziąć do bagażu podręcznego do samolotu, a w dodatku jest duuużo lżejsza niż tradycyjny szampon
- zawiera szampon i odżywkę w jednym (widać na zbliżeniu - te jasne plamki to odżywka) - kolejna cecha in plus jeśli chodzi o podróżowanie z nią
- CUDOWNY zapach <3 - pachnie identycznie jak żel pod prysznic Flying Fox
- dobry skład - jak to w Lushu bywa - wegetariański
- skutecznie myje włosy
- nie trzeba po niej stosować odżywki - włosy rozczesują się raczej standardowo (ja i tak wspomagam się zawsze olejkiem z Kallosa, który widnieje wśród hitów 2011)
- bardzo dobrze się pieni
- jest szalenie wydajna - może z 3 butelkami normalnego szamponu to przesadzili, ale spokojnie zastąpi 2 - przynajmniej dla moich długich włosów
- nie jest agresywnym szamponem - nie czyści jak Seanik, a zatem nadaje się również do włosów farbowanych
- nie wysusza włosów - dobra dla zniszczonych i sucharkowych końcówek
- nie musimy szorować szamponem bezpośrednio po włosach (włosomaniaczki dostają na tą myśl zapewne mikrozawału ;) ) - można namydlić ręce i myć włosy pianą
MINUSY:
- zapach mógłby się dłużej utrzymywać na włosach, bo jest boski, ale niestety nie pozostaje z nami na długo
- nawet w obliczu wydajności - cena jest dość wysoka - zwłaszcza przy aktualnych szalonych kursach walut - jeszcze najbardziej opłacalny jest zakup wspólny na wizażu, na allegro z wysyłką wychodzi około 40zł, a bezpośrednio ze strony - 6 funtów + wysyłka - wcale nie tania - w sumie cena jak z allegro :/
OCENA OGÓLNA:
5+/6
Bardzo lubię! Zwłaszcza za zapach. Ocena obniżona za cenę, która niestety sprawia, że chyba zacznę ją oszczędzać... A jest tak super wygodna w użytkowaniu, że wcale mi się to nie uśmiecha! Moja Lushowa mania przeszła już dawno, co nie zmienia faktu, że lubię od czasu do czasu czegoś nowego spróbować lub wrócić do starego ulubieńca (Aqua Mirabilis <3). W przypadku Godivy zadecydował fakt, że doszły mnie słuchy, że pachnie jak Alien Thierry'ego Muglera - które to perfumy również są moim hitem 2011. Moja opinia? Zupełnie nie przypomina mi zapachu Aliena, ale i tak jest boska i nie żałuję zakupu ;). Jeżeli chcecie się skusić na jakiś szampon w kostce - to Godiva jest zdecydowanie najlepszym wyborem :).